Lush - Spooky / Split / Lovelife (reedycje)

Nakładem wytwórni 4AD ukazały się reedycje trzech albumów brytyjskiej grupy Lush uważanej za jeden z klasycznych wykonawców nurtu shoegaze.
Historia muzyki usiana jest losami nie tylko krótkotrwałych zespołów, ale także mikro-gatunków, które ‘powstały’ głównie po to, aby prasa mogła łatwo nazwać sound nowatorskich zespołów. Dobrym przykładem obu tych zjawisk jest styl nazywany shoegaze, którego pierwsze pokolenie ograniczało się do dosłownie kilku zespołów, z których do dziś przetrwało niewielu. Opisując shoegaze łatwiej jest po prostu wymienić te zespoły, niż siłować się werbalnie na „przetworzone do granic gitary, eteryczne, znikające głosy, rozlewającą się ścianę dźwięku i skrajnie nieśmiałe osobowości wpatrzone w buty, zamiast w publiczność”. Te zespoły to przede wszystkim My Bloody Valentine i Slowdive, a potem Ride, Pale Saints, Chapterhouse, oraz Curve. No i Lush.
Los tych zespołów można opisać krótko – szybki sukces, szybki koniec. Powstały w Anglii na przełomie lat 80 i 90, który przyniósł wielkie zmiany w muzyce; ale nasi bohaterowie nie pasowali do żadnej. Synth-pop odchodził z hukiem, w jego miejsce wjeżdżał acid-house, rave i techno, a z drugiej strony ciężkie, brudne gitary w postaci grunge, metalu, rocka industrialnego; ogólnie, alternatywy. A przecież jeszcze tym samym czasie pojawił się Brit-pop i cały wysyp angielskich zespołów, które błyskawicznie awansowały z klubów do stadionów. Shoegaze usiłowano wypromować jako brakujące ogniwo tych trendów, ale publiczność tego nie kupiła; i wszystkie zespoły przepadły, aby zostać ponownie odkrytym przez słuchaczy 20 lat później.
Historia Lush to wręcz trywialna ilustracja tego czasu i wydarzeń. Ledwo co powstali, a już mieli podpisany kontrakt z 4AD, a produkcją ich singli zajmowali się Robin Guthrie, Tim Friese-Greene i John Fryer. A miało to miejsce w czasach pozornie ‘wolniejszych’ niż dziś, czyli na starcie roku 1990. Wytwórnie prześcigały się w odkrywaniu kolejnych młodych sensacji, które mogłyby zostać następną Nirvaną czy Oasis, zmieniając bieg spraw w skali globalnej. Lush, które założyły dwie szkolne przyjaciółki w postaci śpiewających gitarzystek Miki Bereny i i Emmy Anderson, właśnie kimś takim wydawały się w 4AD – nowatorskim, alternatywnym talentem, który dołączyłby do wielu ich wcześniejszych odkryć, w tym Cocteau Twins i Throwing Muses. No i Lush wyruszyli w krótką, lecz intensywną podróż, podczas której nagrano trzy albumy studyjne oraz kompilację, która ukazała się jako pierwsza – zespół został błyskawicznie wysłany w trasę, więc potrzebował czegoś na kształt albumu. "Gala" składała się z trzech EPek w postaci "Scar", "Sweetness and Light", oraz "Mad Love". Dopiero po powrocie do domu i wymianie basisty, który nie wytrzymał presji, można było przystąpić do komponowania ‘właściwego’ materiału. "Gala" pełniła rolę ‘demówki’, pokazania o co Lush w ogóle chodzi, jak śpiewają, co robią z gitarami. Następujące po niej trzy albumy (powstałe w latach 1991-96) zostały remasterowane dopiero w 2023, tak aby przypomnieć o istnieniu Lush w lepszych dla takiej muzyki czasach.
Lush – Spooky (1992)
Właściwy debiut Lush to nie tylko ich domyślne brzmienie, lecz także kwintesencja tego o co chodzi w shoegaze. Dziewczyny śpiewają rozmarzone, senne, nieobecne (nie bez powodu dream-pop jest często uznawany za młodsze rodzeństwo shoegaze), ale gitary i pełna echa sekcja nie pozwala spać. To bardzo ‘eteryczna’ płyta, na co wpływa produkcja Robina Guthrie, który został skrytykowany za zrobienie z nich czegoś na kształt Cocteau Twins. To błędna ocena. "Spooky" to doskonały album, bez wątpienia lepszy niż cokolwiek, co słyszymy na "Gali". Słychać wyraźnie, że młodzi, nieopierzeni muzycy nabrali przez ten krótki czas doświadczenia, które pozwoliło im błyskawicznie wydać płytę wielką, o której dziś pamiętają głównie entuzjaści.
To właśnie z tego krążka pochodzą klasyki zespołu w postaci „Nothing Natural” oraz „For Love”, a także „Covert”, „Stray” czy „Tiny Smiles”, które są sygnaturą stylu Lush. To brzmienie wpisuje się w tożsamość ówczesnego 4AD, a także specyficzny zeitgeist wczesnych lat 90. To rzecz obok której nie przejdą obojętnie fani np. The Cure czy Siouxsie and the Banshees, oraz wszyscy ci, którzy cenią sobie podwojone, harmonijne wokale, nadające brzmieniu głębi i onirycznej przestrzeni. Zespołem zachwycał się wówczas chociażby Perry Pharrell, który natychmiast zaprosił ich do udziału w Lollapaloozie; no i tu leżał cały szkopuł – to nie jest muzyka, która ma dzielić scenę z Jane’s Addiction czy Nine Inch Nails. A tego od nich wszyscy oczekiwali.
Lush – Split (1994)
Ten album miał być odejściem od stylistyki jaką wykrzesał z zespołu Robin Guthrie, a jednocześnie próbą odnalezienia jeszcze wyraźniejszej indywidualności Lush. Pomysł dobry, choć wykonanie znacznie gorsze; album przechodził przez ręce trzech producentów, aby ostatecznie zostać ukończonym przez samego Alana Mouldera. "Split" w istocie brzmi inaczej niż "Spooky" – jest mroczniejszy, ostrzejszy, chłodniejszy, lepiej dostosowany do panującego wówczas ‘mainstreamu’ rockowej alternatywy. Zespół jeszcze bardziej brzmi jak The Cure (którzy w tamtym czasie odnosili największe komercyjne sukcesy), oraz znacznie bardziej przytula się do stylistyki ówczesnych gwiazd takich jak The Cranberries czy Garbage.
Z płyty pochodzą takie kawałki jak „Hypocrite” czy „Desire Lines”, a także „Blackout” które w dobitny sposób demonstrują różnicę pomiędzy "Splitem", a "Spooky". Chodzi o więcej czadu! Dosyć mydlenia uszu, czas na rock, który powinien nadawać się na sceny amerykańskich festiwali i pasma MTV. Management zespołu wyraźnie ćwiczył ich brzmienie pod ten konkretny rynek – mieli być wielcy po tamtej stronie Atlantyku, co nie zawsze powiela sukces danego zespołu w Europie czy w samej Anglii. Lush na "Split" jest ostrzejszy, głośniejszy, szybszy, chociaż oczywiście zachowuje swoją introwertyczną tożsamość w postaci cudownych „Never-Never” czy „Kiss Chase”. Pomimo trudnych warunków w jakich powstał, to kolejny świetny album.
Lush – Lovelife (1996)
Ten album jest już zupełnym odejściem od shoegaze’owych początków w postaci "Gali" i "Spooky" na rzecz rodzinnego angielskiego rynku i eksplodującego wówczas Brit-popu. Brzmienie "Lovelife" jest znacznie pogodniejsze, kolektywne, chóralne, skrojone pod zabawę tłumu na koncercie, a nie indywidualne przeżywanie w domowym zaciszu. To także największy sukces komercyjny zespołu i być może ich najlepiej ‘rozpoznawalna’ płyta, z takimi ‘hitami’ jak „Ladykillers” czy „500 (Shake Baby Shake)”. Management zespołu z uporem maniaka wysyłał Lush do Stanów, gdzie Brit-pop nigdy się nie przyjął, nawet w wykonaniu Blur czy Oasis. A wystarczyło pomyśleć o innym odbiorcy, na własnym podwórku, bez natarczywego parcia na szkło i pieniądze.
"Lovelife" jest przykładem płyty, na której zespół idzie na jakiś kompromis ze swoim brzmieniem, dostosowując je do popularnych trendów, co chwyciło i przyniosło im sukces. To wartość "Lovelife", oraz reszty płyt Lush – wszystkie cztery, licząc z "Galą", zachowują indywidualną tożsamość, pomimo wyraźnych różnic między sobą. Osobiście uważam, że zespół brzmi tu identycznie jak The Breeders, a także Suede czy Blur, i zupełnie odpuścił swój pierwotny pomysł na siebie. Mimo to, cała czwórka stanowi intrygującą kombinację, którą łatwo i warto poznać w całości. Po zakończeniu trasy promującej "Lovelife" i perspektywie rozpadu zespołu z powodu fizycznego i kreatywnego wyczerpania, perkusista Chris Atland popełnił samobójstwo.
Lush wrócił na krótko na scenę w latach 2015-16, w innej rzeczywistości, a publiczność w mgnieniu oka wykupiła ich koncerty. W Polsce zagrali raz - na Off Festivalu. Wspominam ich występ jako lekką i sielską atmosferę (na głównej scenie w świetle dziennym), którą stworzyli fani, którzy czekali na ponowne przyjście Lush. To tylko jeden z dowodów na to, że shoegaze wyprzedził swój czas i dopiero teraz publiczność dojrzała i jest gotowa na to brzmienie.
JAKUB OŚLAK




