Łysa Góra - W Ogniu Świat

RecenzjaŁysa GóraOskar2023
Łysa Góra - W Ogniu Świat

Łysa Góra po akustycznej płycie „Oj Dolo” i znaczącej zmianie w składzie, wraca do łączenia muzyki folkowej z metalem. Płyta „W ogniu świat” zdaje się kłaść nacisk zwłaszcza na tę cięższą muzyczną stronę.

Nowym gitarzystą grupy został Piotr Kocimski i to za jego sprawą brzmienia metalowe na nowej płycie stały się nieco bardziej złożone. Już otwierająca ją kompozycja tytułowa, daje tego przedsmak nie tylko ujmującą warstwą folkową, czy wokalizami Doroty Filipczak-Brzychcy, ale nawet nieco djentowo zabarwionymi gitarami i partiami bębnów. Z kolei sakralny wstęp w niepokojąco-nerwowej „Wdowie” po chwili w zmienia się w kawalkadę dźwięków poprzecinanych słowiańską aurą w wokalach, by pod sam koniec rozpędzić się do prędkości godnej… death metalu. „Wiedźma Bimbrownica” kojarzy się natomiast nieco z twórczością Jelonka - głównie ze względu na bodaj najwyraźniejsze z całej płyty partie skrzypiec autorstwa Sylwii Biernat. Z kolei w „Morowej Dziewicy” grupa zbliża się do… gotyku.

Wyjątek w tym zestawie stanowi „Oj Dolo”, a więc tytułowa kompozycja z poprzedniej płyty Łysej Góry. Tu pobrzmiewając już w wersji elektrycznej, a także dzięki bujniejszej aranżacji, nabiera jeszcze więcej dramatyzmu, niż jej akustyczna wersja. Największe wrażenie robi jednak najkrótsza na płycie „Wolność” (trwająca niespełna 4 minuty), która powala numetalową(!) intensywnością i przekazem. Zaskakuje natomiast „Wino Porzeczkowe” z lekko halucynogennym wstępem, w którym płacz przechodzi w szyderczy śmiech. Sam utwór traktuje o przemijaniu w oczach kobiety… Płytę zamyka zaś dość skoczna, acz równie mocna muzycznie „Kupalinka”.

Łysa Góra z każdą kolejną płytą przesuwa sobie granice – aranżacyjne i w łączeniu folku z cięższymi brzmieniami. „W ogniu świat” to pod tym względem popis. Zastanawiam się natomiast, w jakim kierunku pójdzie do na kolejnych wydawnictwach grupy.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały