Maciej Meller - Hidden River. Noise tracks vol.1

Nowy instrumentalny album Macieja Mellera (Riverside, solo, ex-Quidam, Meller-Gołyźniak-Duda). *""Hidden River" ukazuje Macieja w samotności, w pustym pokoju, z jedną gitarą na ramieniu, podłogowym procesorem efektów pod stopą i elektrycznym smykiem w dłoni"*
Nowy instrumentalny album Macieja Mellera (Riverside, solo, ex-Quidam, Meller-Gołyźniak-Duda).* ""Hidden River" ukazuje Macieja w samotności, w pustym pokoju, z jedną gitarą na ramieniu, podłogowym procesorem efektów pod stopą i elektrycznym smykiem w dłoni"*.
W życiu każdego gitarzysty rockowego przychodzi moment epifanii nad tym swoim nieszczęsnym instrumentem. Dlaczego nieszczęsnym? Ano dlatego, że gitarzysta wzorem Roberta Johnsona oddaje swojej gitarze serce i duszę, kocha ją i nienawidzi, kupuje inne modele, rzuca nimi o scenę, odkłada na strych, albo sprzedaję kolekcjonerom za nieokreślone publicznie sumy. Wszystko po to, aby wrócić do tej jednej, podrapanej, sprzęgającej, nietrzymającej stroju, która definiuje jego brzmienie i tożsamość. Klawiszowcy tego nie znają.
Ten sam gitarzysta, zarówno rock’n’rollowy szarpidrut jak i progresywny pejzażysta, miewa takie chwile, że pragnie jednak zrobić z tą gitarą coś, co niekoniecznie przypomina masywny riff Davida Gilmoura z „Sorrow”, czy melancholię w deszczu przy „Brothers in Arms”. Albo jeszcze lepiej, aby zawierało oba te elementy, plus kilka innych, coś z dyscypliny King Crimson, niewinności Sigur Rós i sztormu Godspeed You! Black Emperor. Aby z tej gitary wydobyć hałas i ambient, aby podłączona do efektów grała jeszcze długo po tym, jak dotknęły jej ludzkie palce.
Mogę jedynie zgadywać, że większość gitarzystów miewa takie chwile, ale już nie każdy decyduje się to nagrać i wydać. Już sama wiadomość o tym, że Maciej Meller planuje takie wydawnictwo ucieszyło mnie wielce; po pierwsze, czułem że jest go na coś takiego stać, pomiędzy kolejnymi odcinkami trasy Riverside, reedycjami albumów Quidam, a kolejnymi odsłonami płyty "Zenith". Po drugie, uwielbiam takie cuda, instrumentalne czary-mary bez słów, z pogranicza rocka, awangardy i elektroniki. Takie jakie słychać na "Eye of the Soundscape".
Rzut oka na tytuł płyty i zawartych na niej kompozycji podpowiada, że nie będą to szalone eksperymenty Johna Frusciante, lecz coś bliższego dźwiękoobrazom Roberta Frippa. Sam tytuł "Hidden River" jest oczkiem do fanów obecnej pełnoetatowej kapeli Macieja, którzy nierzadko podchodzili do jego obecności w zespole z rezerwą, nieufnością, bez przekonania do kompatybilności jego duszy z resztą Riverside. Ten krążek wydobywa na sam wierzch jego umiejętności, intencje, wrażliwość i doświadczenie w czystej postaci, bez wsparcia zespołu.
"Hidden River" trwa około 45 minut, a słucham go na pętli przez cały dzień. To bardzo wymowne, wieczorne, chłodne pejzaże, przywołane najczystszym z języków, czyli dźwiękami muzyki. Nikt nie wie po co istnieje muzyka, a mimo to tak wielu ją uprawia i jeszcze więcej słucha. Przez te 45 minut Maciej oprowadza nas po swojej wyobraźni, która otworzyła drzwi do przedpokoju zupełnie spontanicznie, impulsywnie, i kazała wydobyć się tymi strunami i nagrać. Czy musimy rozumieć język hipnotyzera, aby nas on zahipnotyzował? W tym przypadku rozumie go każdy.
Zawsze od shredderów wolałem malarzy, a ponad techniczne umiejętności Johna Petrucci cenię wyobraźnię i subtelność Mike’a Oldfielda. Hidden River bez problemu wpisuje się w ten frazes; ale to nie znaczy, że brak tu umiejętności technicznych. Aby te warstwy symultanicznie poukładać, a dźwięk gitary wysublimować do postaci elektryczności statycznej, trzeba znać swój instrument na wylot. Tym bardziej, gdy z każdą kolejną kompozycją owa gitara morfuje z ciężkiego riffu do swobodnie przetworzonej energii, która roztacza dookoła oktarynowe widmo.
"Hidden River" ukazuje Macieja w samotności, w pustym pokoju, z jedną gitarą na ramieniu, podłogowym procesorem efektów pod stopą i elektrycznym smykiem w dłoni. Tu nie ma trzęsienia ziemi jak u Sunn o)), lecz skupione wsłuchiwanie się w niepozorne fascynacje, jak w Bass Communion Stevena Wilsona. Wydawało się, to "Zenith" był ‘sercem na rękawie’ Macieja. Śmiem twierdzić, że "Hidden River" jest od "Zenithu" rzeczą jeszcze bardziej osobistą, (kolejnym) egzaminem, w którym abiturient musi dać wszystko i tylko z siebie. I Maciej zdaje go celująco.
JAKUB OŚLAK




