Maja Laura - Czerwone Słońce

Po znakomitych płytach „Bardo” i „Monk My Dear”, Maja Laura powraca z zupełnie nową EP-ką, która poszerza spektrum jej możliwości o bardziej popowe brzmienie i dynamikę.
Maja Laura Jaryczewska coraz śmielej zaznacza swoją obecność na polskiej scenie muzyki alternatywnej. Jej twórcza osobowość składa się z wielu odmiennych zainteresowań, co daje się odczuć w prezentowanej przez nią eksperymentach. Wspomnijmy jej debiut „Bardo”, gdzie Maja bez kompleksów wchodzi na terytoria późnej, awangardowej PJ Harvey. Obok tego, płyta-hołd dla Theloniousa Monka, gdzie wraz z zespołem sięga do swojego jazzowego wykształcenia. Po drodze kilka singli, od wolnych improwizacji po avant-pop. A jeszcze dalej, „Salto” psychodelicznie rockowej Oranżady, o wyraźnych wpływach The Velvet Underground i Nico. A teraz dostajemy „Czerwone Słońce”, na którym Maja miesza to wszystko i zamyka w raptem pięciu kawałkach. I jest to coś jeszcze innego, świeższego, jakby artystka za swój styl obrała kilka stylów równocześnie, co świadczy o jej umiejętnościach, inteligencji i wyobraźni. Wokalnie jest jeszcze bardziej niebanalnie i popowo niż wcześniej, gdzieś obok Kasi Nosowskiej czy Alison Goldfrapp – wokalistek, których sukcesu upatrujemy w oryginalności i niezależności. Warto podkreślić, że wokal Mai to tylko część spektrum jej talentu, tuż obok fortepianowych, jazzowych inklinacji, oraz zmysłu orientacji w niebanalnych, niełatwych przestrzeniach.
„Czerwone Słońce” to próba ‘ocieplenia wizerunku’ artystki zimnej, awangardowej; z przymrużeniem oka, albowiem owe słońce to śmiercionośna, wszechwładna siła, gotowa bez wahania pochłaniać jej poddanych. To najbardziej popowa z dotychczasowych kompozycji Mai, być może wyznaczająca dalszy kierunek jej poszukiwań. „Edward Nożycoręki”, melancholijny, eteryczny, przypominający debiut Goldfrapp „Felt Mountain”. „Biały ludzik” – introwertyczny, poetycki, wymownie ‘nosowski’ numer. „Coś niebieskiego” – w stylu ‘piosenki aktorskiej’ z jakże pięknymi słowami, zakończone nie pierwszą w dorobku Mai aluzją do muzyki Radiohead. Kulminacją płyty jest „Impro Outro” – improwizowany, jazzowy podpis tria muzyków podczas napisów końcowych.
Warto podkreślić istotę instrumentalnej warstwy tej płyty, która w przypadku albumów wokalnych, o poetyckim lub popowym charakterze, często sprowadza się do roli akompaniamentu. Tu tak nie jest; Maja nie zagaduje muzyki, wykorzystując wokal jak instrument, tuż obok fortepianu i modulowanej elektroniki. To daje szerokie pole do pierwszoplanowego działania znakomitym, jazzowym kompanom Moni Muc na saksofonie i Marcinowi Fijałkowskiemu na perkusji. Świetny, ciekawy element w układance tej artystki.
JAKUB OŚLAK



