Mark Pritchard / Thom Yorke – Tall Tales

Po pięciu latach od startu prac ukazuje się pierwszy wspólny album niezwykłego duetu – Thoma Yorke’a z Radiohead, oraz Marka Pritcharda z Global Communication.
Początek znajomości Marka Pritcharda i Thoma Yorke’a to rok 2011, kiedy Radiohead wydali „The King of Limbs”. Mark, wśród wielu zaproszonych elektroników, dostarczył remiksy utworu „Bloom”; aczkolwiek, wtedy obyło się to bez poznania zespołu, co miało miejsce rok później, podczas trasy Radiohead. Panów zapoznał ze sobą Clive Deamer, perkusista wspierający zespół Yorke’a na scenie, choć tak naprawdę nie musiał. Thom już wtedy był zbyt wielką osobistością, aby ktokolwiek w świecie muzyki o nim nie słyszał; z kolei Mark jest zasłużoną postacią dla nowoczesnej elektroniki, która bezpowrotnie stała się miłością Yorke’a od czasu „Kid A”.
Thom Yorke to jeden z najwybitniejszych twórców muzyki XX/XXI wieku, któremu wielu komentatorów przypisuje ocalenie muzyki gitarowej przed wyginięciem w okresie dominacji muzyki elektronicznej. W wydanym wówczas „OK Computer” upatrywano arcydzieła i koła ratunkowego wartości rocka alternatywnego; ale już trzy lata później okazało się, że Yorke także kocha elektronikę – a „Kid A” ma tylu zagorzałych zwolenników, co zajadłych przeciwników. Radiohead, bynajmniej nie odstawiając gitar, zaczęli wydobywać z pudełek cybernetyczne, dziwacznie taneczne dźwięki, które weszły na stałe w zbiór elementów ich muzyki.
To były te same dźwięki, którymi Mark Pritchard zajmował się od wczesnych lat 90., gdy Radiohead nosili brit-popowe grzywki i rozciągnięte swetry. To jeden z pionierów ‘nowych brzmień’, lub ‘inteligentnej muzyki tanecznej’, w czasie, gdy eter był zdominowany przez grunge, rap, i coraz gorszą muzykę taneczną. Spośród projektów Pritcharda, tym najważniejszym jest Global Communication, współtworzone z Tomem Middletonem. Ich album „76:14” to klasyka w swojej kategorii, koncepcyjny eksperyment, technologiczna innowacja i siła wyobraźni; według niżej podpisanego, to jeden z najlepszych albumów z muzyką, jakie kiedykolwiek powstały.
Drogi Yorke’a i Pritcharda, chociaż zapoczątkowane na przeciwległych biegunach, zmierzały nieuchronnie ku sobie; Mark wsparł Yorke’a na „Anima”, z kolei Thom dostarczył wokal na płytę Marka „Under the Sun”. Płyta „Tall Tales” stanowi ich pierwszy całkowicie wspólny album i być może nigdy by nie powstała, gdyby nie covid-19 i lockdown. Muzycy zaczęli sobie z nudów przesyłać surowy materiał, z którego całkowicie korespondencyjnie powstał pełny album, wydany w jedynym słusznym miejscu, Warp Records. Pritchard jest związany z tą wytwórnią od lat, gdy ta mieściła się w magazynie w Sheffield, a nie w eleganckim biurze w Londynie.
Tak w skrócie wygląda geneza „Tall Tales”. A jak brzmi sam materiał? Przede wszystkim, bardzo różnorodnie, a jednocześnie spójnie. Słychać wyraźnie, że te kawałki powstawały na raty, z przerwami w pracy (chociażby na The Smile Yorke’a). Część wydaje się surowa i niedokończona, inne z kolei noszą znamiona rasowych singli; jedne są dynamiczne, wręcz taneczne, a inne to kruche, ulotne tło. Słuchane z osobna, nawet te najlepsze, wydają się zupełnie osobnymi tworami (np. „Gangsters” i „The White Cliffs”). Dopiero razem tworzą wciągającą, enigmatyczną układankę, która niczym złowieszczy sześcian z filmu „Cube” więzi słuchacza na długie godziny.
„Tall Tales” dobrze wpisują się w rodzinę albumów Thoma Yorke’a, zarówno późnego Radiohead, The Smile, jak i solowego laboratorium. To album, który wypada wręcz lekko i ulotnie, oczarowując szczegółami, ale i efemeryczną całością. Wokal Yorke’a, w całej swojej objętości od wyraźnie akcentowanych słów po typowe dla niego mamrotanie, jest tu instrumentem, nie główną osią. To symbol człowieka zagubionego, sfrustrowanego dezinformacją i dezorientacją w
tym co prawdziwe, a co inteligentnie sztuczne. Gdy boimy się mitycznego buntu maszyn i wojny, której człowiek nie wygra, one coraz sprytniej zastępują nam życie i aktywność twórczą.
„Tall Tales” to oczarowująca symbioza światów, które otarły się o siebie i pozostawiły wzajemny wpływ. Wiadomo co kto przyniósł – Pritchard odpowiada za atmosferę i efekty, a Yorke za koncepcję, treść i wrażliwość. To płyta niedokończona, porozrzucana, ukazująca światy czekające na zabranie z przedpokoju. Jak we śnie, tak i tu niedokończone wątki przenikają się wzajemnie, prowadząc do gatunkowej hybrydy muzyki ambient i IDM na wspólnym poligonie doświadczalnym. To sen, z którego wybudzeni zapadamy ponownie w drzemkę, która przenosi nas zupełnie gdzie indziej; do tego stopnia, że tracimy poczucie prawdziwości i namacalności.
Na koniec warto zauważyć, że „Tall Tales” to kolejna rzecz, którą zajmuje się Thom Yorke ‘zamiast’ reaktywować Radiohead. Mówię to oczywiście z przekąsem, gdyż fanów śledzących każdy krok jego i pozostałych muzyków jest bez liku. Nie uważam „Tall Tales”, ani The Smile, etc., za ‘poczekajkę’ przed wielkim powrotem. Cieszy mnie to, że Yorke ma cały czas aktywny twórczy szwendacz, podobnie jak Brian Eno, i nie wstrzymuje się przed kolejnymi projektami tylko dlatego, że fani mają inne oczekiwania. Kto wie, może „Tall Tales” to test przed zaproszeniem Marka Pritcharda do studia w roli producenta nowego Radiohead, w miejsce Nigela Godricha?
JAKUB OŚLAK




