Mechu - Mechu_001

Pierwsza solowa płyta Tomasza Wojciechowskiego, współtwórcy zespołów Blitzkrieg oraz Jezabel Jazz i muzyka Moskwy, Closterkeller, a także Hedone.
Jak sam mówi: album „Mechu 001” jest efektem eksperymentu, jaki wynikł z grania koncertów w pojedynkę. Postawił na niej nie tylko na chwytliwe gitarowe granie, ale i zabawę słowem. Już otwierający numer „Tej planety tu nie było” ma w sobie coś z lirycznego podejścia Lecha Janerki. Dodając do tego dość ‘brytyjsko’ zabarwione brzmienie gitar, robi się z tego całkiem udana mieszanka słowno-dźwiękowa. Nieco bardziej syntetycznie wypada znany z singla „Ichneumon”. Automat perkusyjny, który zamierzenie pełni rolę rytmiczną na płycie, tutaj wręcz wiedzie prym. Numer ma w sobie sporo z zimnej fali, ale z drugiej strony śpiewne refreny, bardzo ‘zaokraglają’ jego odbiór. Podobną, choć jeszcze ‘chłodniejszą’ ścieżką podąża „Czarny wygrywa”, naznaczony sporym pesymizmem i… syntetycznym brzmieniem. Natomiast jednym z bujniejszych numerów na płycie jest „Rakieta kamasutry” - nie tylko ze względu na tytuł i zawartą w tekście historię, ale także niemalże żywą, iście post-punkową aurą.
„Szept” (lirycznie będący raczej przeciwieństwem poprzednika), jeszcze bardziej wykorzystuje stylistykę post-punkową, głównie za sprawą zapętlonej partii basowej. A skoro jesteśmy przy okolicach punka – szybkie „Maszeruje do dziewczyny” ma prawie wszystkie cechy standardowego synth-punku. Dość dziwnie wypada natomiast „Maria Anna”. Ni to dub, ni to gitarowe bardowanie z dodatkiem chórów, przefiltrowane jednak przez mechową wrażliwość. Najsłabiej wypada „I dlatego dotknij moich uszu”, który na tle reszty jest raczej banalny i prymitywny. Na koniec dostajemy zmutowany - syntujący „Tu mówi wasz kapitan”, mający charakter lirycznego komunikatu.
„Mechu 001” to płyta z jednej strony pokazująca kompozytorskie możliwości Wojciechowskiego, a z drugiej jego nietypowe zestawienia werbalne. Pomysły ma wprost proporcjonalne do sposobu ich realizacji – skondensowana formuła muzyczna stanowi swoistą zabawę formą. Gdyby ten album ukazał się w latach 80., czy nawet 90., mógłby zyskać więcej uznania. Teraz trafi raczej do kombatantów tamtych czasów.
MACIEJ MAJEWSKI


