Metallica - 72 Seasons

Panowie z grupy Metallica doszli do takiego etapu, że jeżeli cokolwiek mają komukolwiek do udowodnienia, to zdaje się tylko sobie. Najnowsza płyta kwartetu „72 Seasons” przekonuje o tym aż za bardzo.
Zacznijmy od czasu trwania: 77 minut i 10 sekund. Niby to nic nowego, bo poprzedni album grupy „Hardwired... To Self-Destruct” (wydany w listopadzie 2016 roku – przyp. MM) liczył… 32 sekundy więcej, ale też rozbity był na dwie płyty. „72 Seasons” to jeden dysk, a więc niejako powtórka z „Load”/”Reload” sprzed ponad ćwierćwiecza. Za produkcję zaś podobnie jak w przypadku „Hardwired…” odpowiada Greg Fidelman do spółki z Jamesem Hetfieldem i Larsem Ulrichem. To tyle kwestii technicznych. Pora więc przejść do muzycznych.
Album otwiera utwór tytułowy, który grupa opublikowała jako czwarty singiel. Długa, ponad siedmio i półminutowa kompozycja, nawiązująca do książki, którą przeczytał Hetfield, traktującej o pierwszych 18 latach życia człowieka, to jednocześnie nawiązanie do okresu dzieciństwa, a przy okazji zbieranie wszystkich doświadczeń – przyjemnych i nieprzyjemnych (te wątki przewijają się zresztą we wszystkich numerach na płycie). W warstwie muzycznej utwór prowadzi szybko-zmienny riff, któremu wtóruje nadmiernie spięta gra Ulricha. W przypadku poprzedniej płyty Duńczyk oparł swoje bębnienie właśnie o próbę dorównania gitarzystom pod wszelkimi względami. Na „72 Seasons” podnosi momentami to podejście do formy niemalże wyżyłowanej, pozbawionej luzu i… swingu. Wystarczy posłuchać chociażby kolejnego „Shadows Follow”, gdzie jego gra już we wstępie wręcz odrzuca. Inna rzecz ma się z wokalem Jamesa Hetfielda. Ostatnie lata nie były dla frontmana zespołu zbyt łaskawe zarówno pod względem prywatnym, jak i zdrowotnym. Tymczasem jego głos brzmi okazale, wciąż mocno i… pomysłowo. I w „Shadows Follow” tych zabaw i zabarwień wokalnych jest jeszcze więcej, choć całościowo utwór wypada raczej średnio. Kolejny, również znany z singla „Screaming Suicide” według członków zespołu jest silnie inspirowany New Wave Of British Heavy Metal. Istotnie – melodyjność riffu Kirka Hammetta rzeczywiście ma w sobie sporo z brzmień brytyjskiego metalu przełomu lat 70. i 80. Swoją drogą – wspomniany gitarzysta prowadzący zespołu na całej płycie nie popisuje się nadmiernie, a przypomina raczej, że potrafi to i owo. Ciekawie zapowiada się „Sleepwalk My Life Away”, gdzie we wstępie sekcja rytmiczna Lars Urlich/Robert Trujillo miesza… tribal z industrialem. Niestety chwilę później wjeżdża typowa metallikowa hardrockowa jazda z ostatniego… piętnastolecia. Mam bowiem wrażenie, że na wysokości płyty „Death Magnetic” (wydanej w 2008 roku – przyp. MM) zespół – wyprzedzając rzecz jasna epokę – wymyślił własny generator riffów, który od tego czasu namiętnie wykorzystuje. Kto wie, czy w przyszłości panowie nie pójdą na łatwiznę i nie użyją AI do takich celów… Tym niemniej w przypadku „Sleepwalk My Life Away” odsyłam do… teledysku, nawiązującego trochę do „King Nothing” z płyty „Load” i utrzymanego w ‘alternatywnych’ barwach, znanych z klipów lat 90. Całkiem nieźle wypada natomiast dość sabbathowy „You Must Burn!”, choć jest oczywiście trochę za długi. Nie pierwszy raz jednak Metallica kłania się swoim wpływom. A skoro ponownie jesteśmy przy długościach utworów – jeden jedyny raz proporcje udało się zachować w przypadku „Lux Æterna”, będącym pierwszym singlem promującym „72 Seasons”. Szybki, niemalże motörheadowy riff, świetna melodyka, podkręcone solo Hammetta i jeden z najlepszych refrenów w dorobku Metalliki w tym stuleciu. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby grupa głównie postawiła na takie szybkostrzelne kompozycje.
Zamiast tego mamy kolejnego średniaka (w tempie i w wydźwięku) - „Crown Of Barbed Wire”, który zwraca uwagę tylko ze względu na wokal Hetfielda. Ale zaraz za nim plasuje się bodaj najbardziej udany numer z całej płyty - „Chasing Light” z kapitalnie wyśrodkowaną gradacją, tym razem rewelacyjnymi wokalami Hetfielda, a przede wszystkim dość przebojowym riffem, któremu bębny Urlicha całkiem udanie wtórują. Ostatnia kompozycja singlowa – „If Darkness Had A Son”, to zdaje się pomysł pierwotnie sięgający czasów płyty „St. Anger”. W filmie dokumentalnym „Metallica: Some Kind Of Monster” z 2004 roku, pokazującym między innymi pracę nad tamtym albumem, pojawia się bowiem rozpaczliwie zaśpiewany przez Hetfielda fragment, roboczo zatytułowany „Temptation”. James zresztą przyznaje, że pomysł na tekst, który w konsekwencji zaśpiewał w „If Darkness Had A Son”, miał zapisany od lat. Słowo ‘Temptation’ jest tu zresztą kluczowe, ale sam utwór lokuje się ponownie w okolicach mocno średnich. Wyróżnia go jedynie bodaj najbardziej popisowa solówka Hammetta z całej płyty. Jeżeli ktoś słucha „72 Seasons” nabożnie od pierwszego do ostatniego utworu, to przy „Too Far Gone?” może zacząć ziewać. Mimo że numer należy raczej do tych żwawszych, zwyczajnie męczy. Atmosferę w tym miejscu próbuje ratować nawiązujący trochę aranżacyjnie do klasycznego „Disposable Heroes”, aczkolwiek znacznie wolniejszy „Room Of Mirrors”. Na koniec największy kolos, a jednocześnie najdłuższy utwór w płytowym dorobku grupy – ponad jedenastominutowa „Inamorata”. Można by pomyśleć, że na takim odcinku czasowym zespół srodze poeksperymentuje z brzmieniami, czy klimatem. Nic z tego – większość tej kompozycji po prostu podąża w nudnym tempie, zupełnie niwecząc jakikolwiek potencjał.
Nie wiem, co najbardziej doskwiera Metallice dzisiaj: mierzenie się z metryką, własnym (głównie wczesnym) dorobkiem, czy raczej z brakiem rozsądnej selekcji materiału, który panowie wybierają na płyty. Jedenasty album kwartetu z Kalifornii to męcząca przeprawa dla fanów grupy, nie mówiąc już o okazjonalnych słuchaczach.
MACIEJ MAJEWSKI




