Mick Harvey - Five Ways To Say Goodbye

Mick Harvey to człowiek-instytucja, którego cichy acz znaczący wpływ na kształt otaczającej go muzyki jest nie do przecenienia. To czołowa postać ‘australijskiej nowej fali’, która zaatakowała na starcie lat 80 i do dziś wywiera wpływ na muzyczne poszukiwania alternatywnych dusz.
Wystarczy wspomnieć, że Harvey założył jeden z najwybitniejszych projektów z Antypodów, Nick Cave & The Bad Seeds, któremu przez lata nadawał kierunek muzyczny. Nick Cave jest rzecz jasna frontmanem, głosem, twarzą i słowem tego projektu; ale to Harvey odpowiadał za ich firmową elegancję, powab tajemnicy, czarny romantyzm i wieczną melancholię brzmienia. Wielu sympatyków uważa, że wraz z odejściem Harvey’a z The Bad Seeds ich brzmienie zmieniło się na gorsze. Nie zgadzam się z tym; owe zmiany zaczęły następować jeszcze za jego kadencji, a ostatnie płyty z jego udziałem uważam na dłuższą metę za słabsze, mało wyraziste i nużące. Wiedział to także Harvey, który opuścił zespół, aby skupić się na innych kierunkach swojej twórczości. Paradoksalnie, wszystkim im wyszło to na dobre – The Bad Seeds z Warrenem Ellisem jako nowym dyrektorem muzycznym dostali nowe życie, a Harvey skoncentrował się na twórczości solowej oraz tym, z czego słynie – kolaboracjach i wspieraniu innych artystów.
Gdy słuchamy solowych płyt Harvey’a łatwo jest zrozumieć co wnosił do The Bad Seeds - zmysłowość, intymność, dyskrecja, powab przeszłości i minionych dekad. W jego brzmieniu słychać specyficzną nostalgię za nieznanym czasem, oraz chęć pielęgnowania dorobku artystycznego, jaki pozostawili po sobie wybitni twórcy muzyczni z dawnych lat; wystarczy wspomnieć czteropłytowy cykl albumów będących zbiorem interpretacji songów Serge’a Gainsbourga. Tym razem, jego najnowszy krążek nie zawiera jednego tematu przewodniego; aczkolwiek, nie trzeba wsłuchiwać się w niego zbyt głęboko, aby stwierdzić, że to tylko pozory. Harvey’a ponownie dopadła melancholia i coraz mocniejsze rozważania o końcowości i śmierci. Słychać to w oszczędnej warstwie muzycznej, słowach piosenek, a także ich doborze. "Five Ways To Say Goodbye" jest w dużej części zbiorem interpretacji numerów innych artystów, przede wszystkim australijskich kolegów po fachu. Do tego dochodzą dwie autorskie kompozycje Harvey’a – „At Heaven’s Gate” i „When We Were Beautiful & Young”, obie wyborne, sztandarowa kompozycja Lee Hazelwooda („Dirtnap Stories”), interpretacja songu Marleny Dietrich („A Suitcase In Berlin”), oraz bonusowe „Like a Hurricane” wciąż żyjącego Neila Younga.
Już sam tytuł i okładka coś sugeruje. Harvey w swoim stylu tęskni za przeszłością, za Europą dawnych dekad, których sam stał się częścią; wystarczy przyjrzeć się okładce i temu, co czyta w fikcyjnej niemieckiej gazecie. Same tytuły jego piosenek również są jasne – z jednej strony nostalgia, a z drugiej fatalizm i rozmyślanie nad nieuchronnością życia i śmierci. Gdy przeanalizować australijskich autorów pozostałych piosenek można stwierdzić, nie bez odrobiny grozy, że większość nie żyje: Bruno Adams z Once Upon A Time („We Had An Island”), David McComb z The Triffids („Setting You Free”), czy Chris Bailey z The Saints („Ghost Ships”).
Można spekulować, że Harvey’a dopadł podobny nastrój, co Cave’a, gdy odeszło dwóch z jego synów, co zapoczątkowało cykl mistycznych, żałobnych płyt zwieńczonych genialnym "Ghosteen". Na "Five Ways To Say Goodbye" nie usłyszymy jednak mistycyzmu, a wręcz przeciwnie – pełną otwartość serca człowieka, który całe życie otaczał się tajemnicą. Harvey siada przed nami z gitarą akustyczną, niczym na intymnym koncercie w jednym z małych, dusznych klubów które tak sławi, i wspomina przyjaciół ich piosenkami. Ale nie jest to tylko memoriał – to wyraz obawy o samego siebie, niepewności dnia i godziny, eskapizmu w tęsknocie i wspomnieniach.
Nie mogę oprzeć się porównaniu "Five Ways To Say Goodbye" do "Imitations" Marka Lanegana, zbioru interpretacji ulubionych piosenek matki Mrocznego Marka. Podobnie jak ów krążek, tak i płyta Harvey’a nie jest jednoznacznie smutna. Jako żywy uczestnik tych wydarzeń, opowiadający we własnym imieniu, Harvey nie pozostawia słuchacza bez promyka nadziei. Nie wszyscy jeszcze odeszli, a w jego mieszkaniu w Berlinie nadal czeka gotowa do drogi walizka. Sam Neil Young stwierdził, że będzie grał do upadłego, a Harvey wydaje się gotów, aby podpisać się pod tym; stąd też sztandarowy numer Younga na bis, gdy wszyscy już stoją rozpromienieni.
JAKUB OŚLAK



