Misia Furtak - Co Przyjdzie?

RecenzjaMarcin KnapikMisia FurtakWydawnictwo Agora2019
Misia Furtak - Co Przyjdzie?

Rok 2019 zaczyna się powoli rozkręcać. Także jeśli chodzi o premiery płytowe. I także polskie. Końcówka pierwszego miesiąca roku przynosi płytę, która daje dużo argumentów, by przypomnieć ją sobie ponownie pod koniec tego roku, gdy przyjdzie czas na dokonywanie podsumowań.

Misia Furtak. Pierwsze przychodzące skojarzenie związane z tą artystką to grupa très.b (rock alternatywny, indie rock). W 2015 roku wraz z Piotrem Kalińskim stworzyła duet Ffrancis (wydał płytę rok temu). „Co przyjdzie?” jest zaś jej pierwszym pełnowymiarowym albumem solowym. Dotychczasowa działalność solowa zamykała się w minialbumie z 2013 roku z pasującą do niego nazwą „Epka”.

Słuchając płyty Misi Furtak, przypomniała mi się płyta „Mi” Tęskno, która miałem przyjemność recenzować w grudniu zeszłego roku. Był to album piękny swoją delikatnością i aurą. I w zasadzie to samo mogę napisać w przypadku tej płyty. Żeby było ciekawiej, jedną z osób, która pomagała przy tworzeniu „Co przyjdzie?” była Hanna Raniszewska, czyli połowa duetu Tęskno. Hasło, jakim można opisać album to: minimum środków, maksimum treści. Choćby w zaczynającym całość „Nie zaczynaj” – ładnym i przejmującym wejściu w album.

Treść skupia uwagę. Treść tekstowa, by wziąć na przykład „Będzie gorzej” – bardzo jasny punkt albumu, choć pesymistyczny. I treść muzyczna. Budująca oniryczny klimat, np. w „Bez czterech rąk”. Zresztą mamy tutaj parę przykładów na to, jak zbudować ciekawy muzycznie utwór. Płynne zmiany anturażu nie zaburzające utworów. Np. „Pamięć”, w której mamy smyczki, ładnie pulsującą gitarę, bardzo ładny fragment dominacji elektroniki i moment z brudnym brzmieniem gitary. „A Little Later” zaczyna się delikatnie – fortepian, smyczki, spokój, a potem pojawiają się ładnie komponujące się z resztą dźwięki syntezatorów. „Delusional” zwraca uwagę grunge’owymi, brudnymi dźwiękami gitary, a w drugiej części pojawia się pod nimi nerwowe tło elektroniczne. Z onirycznej atmosfery wyrywa „Skończy się” z tripowymi rytmami. A całość albumu okraszona jest głosem wokalistki – to też jest mocna strona albumu.


Dobry, nawet bardzo dobry poziom tej płyty potwierdza fakt, że nawet dwa utwory instrumentalne – „Tysiąc” i „Space” (połączenia ładnej gitary i futurystycznych dźwięków elektronicznych) nie pełnią roli zapychaczy. Wręcz przeciwnie – intrygują. Mamy do czynienia z przewagą utworów napisanych w języku polskim. Kompozycji śpiewanych po angielsku jest trzy (znajdujące się obok siebie „A Little Later”, „Go To Sleep” i „Delusional”).

„Co przyjdzie?” to pięknie płynąca płyta. Kolejny dowód na to, że w rozkrzyczanych czasach, w których dzieją się rzeczy, o których kiedyś byśmy nie pomyśleli, można pokazać moc także przez delikatne brzmienie. Może wyszło to zdanie podniośle i moralizatorsko, ale po wysłuchaniu tych 38 minut sformułowanie „To jest piękne” nasuwa się samo.

Powiązane materiały