Mogwai - The Bad Fire

RecenzjaMogwaiRock Action / PIAS Poland2025
Mogwai - The Bad Fire

Po czterech latach, u progu 2025 roku, Mogwai stają przed niełatwym zadaniem oczarowania słuchaczy czymś równie brawurowym, co „As the Love Continues”.

Sukces ostatniego albumu Mogwai zaskoczył wszystkich. „As the Love Continues” jest bardzo dobrą płytą, operującą w terytorium gatunkowym, ale stawiającą czoła wyzwaniom wiarygodnej innowacyjności. Uznanie krytyki, wysoka sprzedaż i liczne wyróżnienia sprawiły, że o tej płycie zaczęto mówić jako ich najlepszej. A jest z czego wybierać – 10 albumów studyjnych, drugie tyle ścieżek dźwiękowych, koncertówki, kompilacje; cały czas w obszarze instrumentalnego rocka.

Splendor jaki spłynął na „As the Love Continues” musiał przełożyć się na tempo prac nad kolejnym albumem. Mogwai są zespołem niezależnym, który polega na regularności cyklu wydawniczo-trasowego. Być może popularność „As the Love Continues” ma korzenie w tym kontekście – to płyta bez automatycznie wyznaczonej trasy promocyjnej, w środku pandemii i lockdownu, kiedy ludzie potrzebowali nowej muzyki bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Grunt, że Szkotom trudno po takim sukcesie przynieść słuchaczom nowy, ‘zwykły’ album; następna płyta musi iść za zwycięskim ciosem, który jest przedłużeniem promieni światła, jakie zstąpiły na ten zespół jeszcze wcześniej, po wydaniu niezwykłego „Every Country’s Sun”. Tym większa presja, aby ten jakże udany cykl albumowy nie skończył się czymś rutynowym, wtórnym, co nie będzie niosło blasku światła, zapachu nowości, ani atrakcyjnych innowacji.

Nowy album Szkotów wypełnia tę misję z nawiązką. „The Bad Fire” godnie reprezentuje znakomitych poprzedników, a wręcz ich przewyższa. Mogwai nigdy nie wykonywali skoków przez rekina w postaci ostentacyjnych innowacji; ich ewolucja jest stabilna, ale konsekwentna. Gdy w 2025 roku słuchamy ich debiutanckiego „Young Team” możemy ze zgrozą stwierdzić, jak mocno postarzał się ten przełomowy materiał. Czasami innowacje szybko stają się przeżytkiem.

Właśnie dlatego Mogwai trwa w dostarczaniu świetnych albumów na bieżąco, bez odcinania kuponów od przeszłości. „The Bad Fire” brzmi klasycznie i nowatorsko – słychać kto sprzęga te gitary i kręci tymi pokrętłami, a także kto stoi przy mikrofonie. Tak, Stuart Braithwaite coraz chętniej obudowuje kompozycje Mogwai wokół swojego wokalu – tu mamy ich aż trzy. To dobra kontynuacja wcześniejszych wokalnych kawałków – „Ritchie Sacramento” i „Party in the Dark”.

Oczywiście wokal Stuarta nie jest kluczowym elementem muzyki Mogwai, lecz ozdobnikiem. Warto jednak zauważyć tendencję do wkraczania na terytorium muzyki wokalnej, która przeistacza klasyczny post-rock w to, co robią My Bloody Valentine czy Slowdive. „God Gets You Back”, „Fanzine Made of Flesh” i „18 Volcanoes” to shoegaze pełną gębą, gdzie wokal chowa się za ścianą elektryczności; i bez problemu odnalazłyby się na „Loveless” czy „Souvlaki”.

To zresztą nie jedyna pozytywna referencja. „God Gets You Back” brzmi wypisz-wymaluj jak „Friend or Foe?” Riverside. W obu przypadkach od początku było jasne, że nowy album jest dla ich autorów czymś ekscytującym i ożywczym, przegnaniem stereotypowej melancholii i depresyjności. „The Bad Fire” to dla Mogwai już nie powiew świeżości, ale ustalenie nowego standardu. Ewolucja postępuje w kierunku optymizmu, inspiracji i ‘indie-rockowego’ ciepła.

„The Bad Fire” to wyborny, różnorodny, spójny album. To materiał do wielokrotnego odsłuchu, na który składają się numery z różnych parafii, magicznie połączone w jedną, wciągającą opowieść. Smutne „Pale Vegan Hip Pain” leży obok nawałnicy „Hi Chaos”, a ciepłe, lekko IDM-owe „Hammer Room” obok „If You Find This World Bad, You Should See Some of the Others”, pełnego napięcia niczym tykanie bomby zegarowej. Oraz sennej kody w postaci „Fact Boy”.

„The Bad Fire” to także demonstracja ich nierozerwalnego potencjału filmowego, tak skrzętnie i często wykorzystywanego. Każda z tych kompozycji to niezależna ilustracja pełna emocji poprowadzonych od całkowitego skupienia do oczyszczającej eksplozji, w czym Mogwai zawsze przodowali. Przecież tak niedawno usłyszeliśmy ich pracę domową w dwóch bardzo dobrych serialach kryminalnych „Czarny ptak” (2022), a jeszcze wcześniej w „Zero Zero Zero” (2019).

Na „The Bad Fire” Mogwaiowi udała się sztuka sprostania sukcesowi poprzedniego albumu, podtrzymania dobrej passy, oraz przesunięcia linii demarkacyjnej w głąb chaotycznej ciemni i depresyjnego chłodu. Ich muzyka rozwija się w zaskakujących, acz logicznych kierunkach, niczym wieloletnia roślina szukająca źródeł wilgoci, cienia i ciepła. Jestem szczęśliwy, że ich pryncypia twórcze pozostają w mocy i odnajdują się w jakże odmiennych od siebie czasach.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały