Mr Gil - Love Will Never Come

"Love Will Never Come" to piąty, a zarazem pierwszy od 10 lat album grupy Mr Gil, na czele której stoi gitarzysta Mirek Gil (Believe, ex-Collage).
"Love Will Never Come" to piąty, a zarazem pierwszy od 10 lat album grupy Mr. Gil, na czele której stoi gitarzysta Mirek Gil (Believe, ex-Collage).
Nie lubię porównywać ludzi do alkoholu, ale w przypadku Mirka Gila porzekadło o wieku i winie nasuwa się samo. Może w prog rocku już tak jest, że tworzą go doświadczeni i osłuchani życiowo fani, oraz długodystansowi muzycy, którzy z każdą płytą dostarczają coś ciekawego, świeżego, zaskakującego. Przykładem takiego krążka jest "Love Will Never Come", nowy album projektu Mr Gil, ‘doraźnej’ formacji, którą Mirek traktuje jako ucieczkę, chwilę oddechu, miejsce swobody twórczej. Skojarzenia z Bjornem Riis i jego solowym projektem nie są tu nie na miejscu, tym bardziej, że Norweg zatrudnia w nim większość swoich kumpli z Airbag. Podobnie Mr Gil tworzą muzycy należący do świata ‘krewnych i znajomych’ Mirka, którzy przewinęli się przez system jego zespołów, na czele z Believe, Collage, a nawet Ananke. W ten sposób, chociaż "Love Will Never Come" jest powrotem Mr Gil do aktywności po 10 latach, tak naprawdę jest ciągiem dalszym szerszej, fascynującej sagi.
"Love Will Never Come" ukazał się pod sam koniec roku 2022, w okresie który dla prog rocka (nie tylko polskiego) jest naprawdę dobry. Muzycy przestali gonić własny ogon, nowe płyty nie są piątą kserokopią czegoś, co ukazało się 25 lat temu, a inspiracje tą samą litanią zespołów sprzed dekad zostały wyczerpane. Pokolenie ‘neo-prog-rocka’ od lat szarpie kratami w nadziei, że coś pęknie, rozsypie się ich domek z kart, a progresywna sztuka przestanie być sterowana sztampowością, powtarzalnością, naiwnym natchnieniem młodzieży, czy też zgorzknieniem weteranów. Prog rock jest złotą klatką, z której nawet najbardziej płodnym, zmotywowanym, oświeconym muzykom trudno jest uciec; sami słuchacze także nie zawsze im w tym pomagają, oczekując, paradoksalnie, że żadnego progresu nie będzie, a kolejne krążki będą echem "Fugazi" czy "Wish You Were Here". Odnoszę wrażenie, że po latach błędnego korzystania z tych samych patentów, coś zaczęło drżeć w posadach. "Love Will Never Come" to krążek ‘weterana’ gatunku, który nadal ma w sobie młodzieńczy głód twórczy i jakże potrzebną niepokorność i wszędobylskość. Ma ją Wilson, ma ją Duda, ma ją i Mirek Gil, który dostarcza nam krążek trafiający do serca od pierwszego wejrzenia. Tak jak na poprzednich albumach Mr Gil, tak i tu jest osobiście, intymnie, poetycko i melancholijnie; ale, bynajmniej nie balladowo czy akustycznie. Całość to 6 numerów, z których każdy rozwija się i trwa długo, bez pośpiechu na zakrętach, ale z pomysłową dobitnością. Paradoksalnie, numer na honorowym miejscu, czyli „Fight” uważam za najmniej ciekawy, chociaż dobrze zapowiadający resztę i wpisujący się w charakter płyty. A o nim stanowi niewątpliwie seria kolejnych numerów w postaci „Stone”, „Without You”, a nade wszystko „Begging Hands”. To esencja tego, co Mirek chciał nam przekazać, zarówno swoim niewyczerpanym entuzjazmem, jak i wizją, pomysłem, oraz doświadczeniem zespołu.
Siłą "Love Will Never Come" nie jest nowatorskość i innowacyjność, lecz świeżość. Mr Gil udowadnia, że tak sztampowa muzyka jak prog rock ma wciąż nieodkryte pokłady uroku, magnetyzmu, poetyckości i tej energii, która rozgrzewa serce, przyciąga uwagę i wywołuje szczery uśmiech. To krążek, który nie mógł ukazać się pod szyldem anonimowego nowicjusza. To emocjonalnie i instrumentalnie złożone brzmienie, o którego uroku i przekazie stanowi doświadczenie, instynkt i magiczna gitara Mirka, bas Przemka Zawadzkiego, śpiew Karola Wróblewskiego, oraz bębny Roberta Kubajka. To piękna płyta, którą jak wszystko co tworzą i czynią mistrzowie słucha się z podziwem, biciem serca i momentalną chęcią wysłuchania wszystkiego od nowa. W takich chwilach mawia się, że ‘jak oni to robią, to się wydaje takie łatwe’; i tak jest w istocie. "Love Will Never Come" niczego nie zmienia, ale przywraca wiarę w ten zastały gatunek, którego nie potrafimy przestać kochać.



