Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeRecenzjemúm – History Of Silence
múm – History Of Silence

múm – History Of Silence

Recenzja29.09.2025múmMorr Music2025
múm – History Of Silence

Pionierski kolektyw muzyczny z Islandii powraca z pierwszym od dawna świeżym materiałem, który przynosi miły dla ucha powrót do dawnej, sprawdzonej formuły.

Informację o nowym albumie islandzkiej grupy múm przyjąłem z typowym dla takich okoliczności zaskoczeniem. Niewiele było o nich słychać w ostatnich latach; de facto, jest to pierwszy ich longplay od 2013 roku. Wcześniejsze wydawnictwa przechodziły bez echa, a słuchając ich odczuwałem zawód brakiem konkretnego kierunku rozwoju muzycznego. To typowy los pionierów – po pierwszym zachwycie i przetarciu nieznanych szlaków przychodzi zawód i zapomnienie, marazm twórczy lub nieustanne próby reanimacji dawnego natchnienia. Poszukiwanie nowych brzmień nie zawsze przynosi pożądany skutek, a wydawanie wciąż tej samej płyty nie leży w naturze zespołów eksperymentalnych, do których múm przecież należy.

Tym bardziej jestem zaskoczony i zadowolony, gdy mogę stwierdzić, że múm wreszcie nagrali album na miarę swoich możliwości i dawnych zasług. „History of Silence” to pierwsza od czasu „Summer Make Good” płyta, którą mogę ze spokojem zestawić z ‘tamtym okresem’. Mam tu na myśli rzecz jasna trzy pierwsze albumy, które nie tylko zdefiniowały to brzmienie domowego przedszkola dla dorosłych, ale także wpłynęły razem z Sigur Rós i Gus Gus na globalną fascynację wszystkim co islandzkie. Ekipy te startowały w tym samym czasie, aby wybuchnąć na przełomie tysiącleci i przynieść zmiany w muzyce, które usłyszał każdy, także w Polsce: niewinność, dziecięcość, sięganie do najczystszych ludzkich emocji i intencji artystycznych.

múm od początku jest kolektywem krewnych i znajomych skupionych wokół Gunnara Örn Tynesa i Örvara Þóreyjarson Smárasona; ale ich sukces na początku lat ’00 to zasługa sióstr bliźniaczek Gyðy i Kristín Anna Valtýsdóttir. Gdy obie odeszły z múm, zespół został niejako osierocony, stracił swoje twarze i anielskie głosy, kwintesencję brzmienia z Islandii. Na szczęście Gyða wróciła na stałe, już w 2013 roku, i znów pełni pierwszoplanową rolę, jako wokalistka i skrzypaczka. Tak to już jest w muzyce, że wokaliści są najczęściej twarzą zespołu, skupiają najwięcej uwagi i definiują jego tożsamość. Nawet w grupie będącej kolektywem, brak choćby jednej ze śpiewających sióstr jest natychmiast odczuwalny i wpływa na całą resztę.

Właśnie to sprawia, że płyty bez pierwszoplanowego udziału sióstr uważam za gorsze, mniej wyraziste, zredukowane; dlatego też „History of Silence” od razu tak mi się spodobała. Oczywiście Gyða nie ciągnie tego albumu sama, ale wyobraźmy sobie chociażby Stereolab bez wokalu Lætitii Sadier – niby można, ale jest to uboższe, niepełne. Nie bez powodu przywołuję Stereolab, gdyż oni i múm mają wiele wspólnego w swoich twórczych pryncypiach, co na nowym albumie Islandczyków wyraźnie słychać: chodzi o tą domowość brzmienia, ciepło i przytulność, jakby było nagrywane w sklepie IKEA, w dziale dla dzieci, z porozkładanymi na podłodze cymbałkami, pianinkiem na baterie, mandoliną, fletem, dzwonkami i skrzypcami.

Dla jasności, „History of Silence” nie jest wiernym powrotem do „Finally We Are No One” czy „Yesterday Was Dramatic…”; to było ponad 20 lat temu, dzieci podrosły, dojrzały, przeglądają swoje stare zdjęcia i wspominają odległe czasy. Ale to pierwszy od dawna album, który na tyle przypomina tamto brzmienie, że w pewnym sensie możemy mówić o powrocie ‘tamtego’ múm. Produkcja „History of Silence” jest klarowna i wyrazista, lepsza niż wtedy, ale brzmienie nadal bardzo dziecięce, szczere, radosne, jakże typowe dla opiekującej się nimi wytwórni Morr. Oczywiście jak to w krajach nordyckich, owa dziecięcość jest podana w otulinie nostalgii, melancholii, chwil mroku i smutku, ale to tylko dodaje głębi i wiarygodności tej nowej płycie.

JAKUB OŚLAK