Nene Heroine - 4

Heroinowców śledzę od samego początku, z głębokim przeświadczeniem, że ich pomysł na rozwinięcie jazzowych i improwizowanych wątków jest zaskakująco oryginalny. Wyróżniają się wśród tej całej kolorowej i stawiającej poprzeczkę niezwykle wysoko zgrai (Niechęć, Błoto, Ninja Episkopat, Ciśnienie, Omasta itp.) próbą „ukomercyjnienia” tej w sumie trudnej i wymagającej muzyki, że przytoczę chociażby mariaż z Kasią Lins na płycie „Mova”.
Odnoszę wrażenie, że stało się to ich misją, bo na „4” znowu w nieco inny sposób próbują ugryźć ten kawałek tortu, mieszając przystępność i chwytliwość harmonii z zajadłym improwizowaniem. Co ciekawe, są bliscy dotarcia do sedna, bo słuchając tych kompozycji, w części podchodzę do nich jak do piosenek (gdzie wokalistę zastąpił saksofon), choć… ostatecznie łapię się na tym, że cały czas mam do czynienia z mutującą materią, opartą na czystej niezwykłej i dynamicznej interakcji między czwórką muzyków. W tym przypadku owa improwizacja jest potraktowana nie jako pretekst do popisów solowych, ale jej prowadzenie nawet na moment nie pomija zwyczajnej chwytliwości.
Zespół nie skupia się na proponowaniu indywidualizmów, dbając o to, by całość miała w sobie ten element przystępnej i eleganckiej komercji. Jednocześnie zespół sprawnie porusza się na przecięciu stylistyk, a wszystko jest niesamowicie sprawnie i z wyczuciem zmiksowane w przekonującą opowieść. Przykłady? Gdyby saksofon zastąpić wokalem (np. Kasi Lins, ponownie?) w „Bowie” mielibyśmy radiowy hit. Albo taki psychodeliczny, niesamowity klimat „Abra”. Dodamy wokal i psychodelia zmienia się w lepiący się do ucha, shoegaze’owy temat. NH są cwaniakami, bo wiedzą, że to byłoby za proste, więc kombinują, ile się da. I z tego kombinowania wychodzi np. ‘Gold&Silver”, gdzie najwięcej „robią” drugie plany, podbijające leniwie płynącą, improwizowaną opowieść. Ale potrafią dołożyć do pieca w post punkowym (czy tylko mnie kojarzy się z wczesnym Black Midi?), wściekłym drive’m „Post-Royal”. Z kolei „Floating”, pomijając moje, jakże natrętne skojarzenia z niechęciową melodyką, mami drum’n’bass’owymi nawiązaniami do klimatów Ninja Tune. No i majstersztyk w postaci dwóch, bezbłędnie skonstruowanych i fenomenalnie wykonanych utworów – „Tokyo” z oszczędną narracją, znakomitymi perkusjonaliami i bardzo transową, zapętloną motoryką, który ściga się o tron z „Black Tattoo”, bardzo rozbudowanym, ośmiominutowym tematem, gdzie w rozedrganej jazzującej materii poddaje się rewizji dziedzictwo improwizacji i eksperymentu. Oj, za krótkie są te numery… pewnie na koncercie ulegnie to zmianie. Nie, nie „pewnie”, ale na pewno bo na żywo te upchnięte w kilku minutach pomysły muszą bardziej rozkwitnąć.
I tu trochę prywaty: ostatnim elementem, na który z radością – jako fan kompaktów – zwracam uwagę, jest eleganckie i „tłuste” wydanie tego cedeka. W dobie bieda – kompaktów, co w sumie rozumiem, bo ten ulubiony przeze mnie nośnik jest w tej chwili tylko rekwizytem, który coraz mniej ludzi traktuje jako nośnik muzyki, płyta „4” jest małym dziełem sztuki, zaprojektowanym z pomysłem, co jeszcze bardziej podkreśla wyjątkowość tego zespołu, szacunek.
Pozostaje palące pytanie, czy tak wygląda przeszłość współczesnego jazzu. To kuszący kierunek, tym bardziej, że nadal pokutuje (wiem, że to może kogoś obrazić) wśród rodzimych muzyków miłość do tradycji europejskiego, tzw. „garniturowego” jazzu i zapewne spora część tzw. akademików nie traktuje nawet dorobku wymienionych tu zespołów jako muzyki w jakikolwiek sposób związanej z jazzem. A szkoda; chciałbym się mylić, bo dopływ świeżej krwi od kilku lat powoduje wzmożone zainteresowanie młodych ludzi (alt)jazzem. Nie wierzycie? Zapraszam na nadchodzące koncerty Niechęci i kilku innych zespołów. Zdziwicie się…
AREK LERCH

