Nine Inch Nails - TRON: Ares

Nine Inch Nails nagrali ścieżkę dźwiękową do nowego filmu z serii „Tron”. Nie licząc muzyki do gry „Quake” sprzed 3 dekad, to pierwszy raz, gdy soundtrack jest opatrzony marką NIN.
Nigdy nie przepadałem za Nine Inch Nails i ten stan się nie zmienia. Doceniam ich wpływ na rozwój muzyki industrialnej, wyciągnięcia jej z piwnic i wrzucenia na ekrany MTV; osobną dyskusją jest, czy o to w niej chodziło, aby paradować na tychże ekranach? Tak czy siak, Trent Reznor i jego rotująca kohorta pomagierów nagrali albumy znaczące, ważne, poszerzające obszar muzycznych poszukiwań wielu słuchaczy, którzy na coś takiego właśnie czekali. Ja do nich nie należałem i już raczej należeć nie będę. Aczkolwiek, a być może właśnie dlatego, znacznie bardziej przemawiają do mnie prace ‘lewą ręką’ Reznora, te nieobarczone jego nieznośnym wokalem, wychodzące poza utarty latami szablon i rockowo-industrialną sztampę.
Mówię tu zarówno o płytach z serii „Ghosts”, głównie instrumentalnych eksperymentach Reznora, jak i, a może przede wszystkim, ścieżkach dźwiękowych, jakich Reznor wraz z Atticusem Rossem popełnili w ostatnich latach bez liku. Obecność Rossa w zespole nadała Nine Inch Nails stabilności i jakże potrzebnej przeciwwagi dla niepohamowanego geniuszu, ego i temperamentu Reznora. Co warto zaznaczyć, owe ścieżki dźwiękowe nigdy nie były podpisane jako Nine Inch Nails, tylko samymi nazwiskami muzyków; to zrozumiałe, że Reznor chce oddzielić te dwa kanały swojej twórczości, a jednocześnie pokazać, że stać go na myślenie wielotorowe, o znacznie szerszych horyzontach, które niekoniecznie muszą się przenikać.
Sytuacja zmieniła się, gdy do Reznora zgłosił się Disney, nie tylko z propozycją napisania ścieżki dźwiękowej do nowego, trzeciego filmu z serii „Tron”, ale przede wszystkim z prośbą o firmowanie jej nazwą Nine Inch Nails. Ma to sens, nie tylko komercyjny; dla przypomnienia, oryginalny „Tron” był opatrzony muzyką Wendy Carlos, a pierwszy sequel to dzieło Daft Punk. W obu przypadkach dobór autorów muzyki był nieprzypadkowy – Carlos i Daft Punk to pionierzy brzmień elektronicznych, każdy na swój sposób i w swoim czasie. Ich muzyka miała służyć nie za scenografię, lecz pierwszy plan filmu, była dziełem niemalże niezależne, choć w pełnej symbiozie z obrazem. Takie płyty musi firmować silna, elektryzująca nazwa – taka jak NIN.
Już sam wybór Reznora i Rossa, oraz decyzja o użyciu marki Nine Inch Nails, pomaga zgadnąć w jakim kierunku idzie muzyka do nowego „Tronu”. Jest mrocznie, duszno, nowocześnie i niepokojąco. Ta ścieżka różni się od tych napisanych jako Reznor & Ross – a jednocześnie nie jest w stu procentach tym, o czym myślimy słysząc nazwę NIN. Głos Reznora słychać tylko w kilku z zebranych tu 24 kompozycji, co stanowi właściwą proporcję, aby jego wokal nie zaczął irytować, a numery instrumentalne nudzić. To ciekawy zabieg, przeciąć te dwa światy w jednym miejscu i pokazać w nim pełną rozpiętość ich możliwości. Tym bardziej, gdy NIN dysponują nie tylko bogatą wyobraźnią, ale i najnowszymi zdobyczami elektronicznej technologii.
Nie oglądałem jeszcze nowego „Tronu”, ale dzięki NIN mogę sobie wyobrazić, jak przedstawia się zarys jego fabuły. Już sam tytuł i przywołanie imienia greckiego boga wojny sugeruje zupełnie inną dynamikę. To w pewnym sensie hołd dla poprzednich kompozytorów „Tronu” – Wendy Carlos słynęła przecież z rzeczy poważnych i niepokojących i nie bez powodu była angażowana także przez Stanleya Kubricka. Z kolei Daft Punk to futurystyczny pop, napisany w zupełnie innej epoce, gdy wiele elementów dawnego science-fiction stało się rzeczywistością. Dziś, gdy żyjemy w poczuciu ciągłego zagrożenia, zarówno ze strony zachłanności i egoizmu ludzi, jak i coraz bardziej zaawansowanej technologii, muzyka NIN pasuje do tej układanki jak ulał.
JAKUB OŚLAK




