Nosound - Scintilla

"Okładka tej płyty mówi wszystko. Włosi z Nosound przy okazji swojego szóstego albumu zabierają nas na poszukiwanie chwil szczęścia" - tak zaczyna recenzję nowej płyty Włochów z Nosound nasz recenzent Jakub Oślak.
Okładka tej płyty mówi wszystko. Włosi z Nosound przy okazji swojego szóstego albumu zabierają nas na poszukiwanie chwil szczęścia. „Scintilla” to spacer ulicami słonecznej metropolii, gdzie na każdym rogu czeka nas coś nowego i zaskakującego, nowa barwa, nowy aromat, nowe dźwięki. To niezwykle malowniczy album, łączący co najlepsze z progresywnych wyładowań oraz jazzujących kontemplacji. Z jednej strony błogi nastrój, a z drugiej ciągłe poszukiwania – każdy sen bowiem kiedyś się kończy. Na szczęście każdy krążek można puścić sobie od nowa, bez potrzeby budzenia się.
Odnoszę wrażenie, że album ten posiada narrację doby, podobnie jak „Days Of Future Passed” The Moody Blues. Każdy kolejny utwór to inna pora tego samego dnia, od poranka w blasku słońca po zmierzch i czerń. Obrazy radości stają się wspomnieniami, a w sercu pozostaje to co niezmienne – niepokój i ból. Balans szczęśliwości i melancholii nadaje tej muzyce niezwykłej autentyczności, która sprawia, że bardzo łatwo jest rozpoznać i okiełznać kolejno zalewające nas emocje i nastroje. A w rzeczy samej, Nosound manipulują nimi z niezwykłym wyczuciem i gracją.
Zwykle staram się nie wyróżniać najlepszych utworów, aby nie krzywdzić pozostałych piosenek, które wypełniają ten znakomity album. Jednakże, ten jeden numer który nosi imię „In Celebration of Life” to arcydzieło samo w sobie. Gdyby Slowdive spotkali Tima Buckleya – albo Steven Wilson i Tim Bowness nagrywali dla 4AD – to mogliby stworzyć coś takiego. Ten krążek urzeka takimi właśnie niespodziankami, ich witalnością i dźwiękowym przekazem emocji ponad sztucznymi podziałami. To muzyka dla tych, którzy lubią chwytać się piękna muzyki jako codziennego napoju energetycznego.
