OMD - Bauhaus Staircase

RecenzjaOMDMembran2023
OMD - Bauhaus Staircase

Klasycy synth-popu wydali prawdopodobnie ostatni album w swojej dyskografii. Zapraszamy do lektury naszej recenzji tego znakomitego wydawnictwa.

Chociaż Andy McCluskey zapowiedział "Bauhaus Staircase" jako prawdopodobnie ostatnią płytę w dorobku Orchestral Manoeuvres in the Dark, nikt za bardzo nie przykłada do tego wagi ani wiary. To on zawsze był najmocniejszym ogniwem tej formacji, a jak było trzeba, prowadził ją samodzielnie (i to z sukcesem). OMD ma już zresztą na swoim koncie dziesięcioletni hiatus, po którym wrócili odrodzeni z młodzieńczą werwą twórczą, głowami pełnymi pomysłów i zapałem do koncertowania. To właśnie w ostatnich latach po tym powrocie powstała seria ich najbardziej konsekwentnych w wykonaniu albumów ("History of Modern", "English Electric", "The Punishment of Luxury"), które nie zrywając z eksperymentalną naturą OMD są najbardziej równymi, jednolitymi płytami w ich dorobku. "Bauhaus Staircase" jest kontynuacją tego trendu, chociaż ma w sobie nutkę podsumowania kariery zespołu.

Słuchając "Bauhaus Staircase" nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zawiera ona w sobie nie tylko esencję całego OMD, ich inspiracji i motywów przewodnich, ale także echa wszystkich ich okresów twórczych. Mamy mieszankę fascynacji i lęku przed postępem technologicznym, mamy silny przekaz ekologiczny i polityczny, słychać wpływ brzmienia Kraftwerk i Tubeway Army, widać wpływ sztuki nowoczesnej (to nie pierwszy raz, gdy okładka jest nawiązaniem do malarstwa XX w.) Słychać wyraźnie skąd OMD przychodzą i jak długą drogę przeszli, przez wczesne eksperymenty i późniejsze przeboje, aby dotrzeć aż tu, gdy są mistrzami tego co robią, bez odrywania kuponów. Jeśli "Bauhaus Staircase" ma być ostatnim albumem, to jest to wygrany finał, po którym słychać z głośników „We Are the Champions”.

Uwagę zwraca nie tylko wspomniana konsekwencja tego albumu, ale także inna cecha OMD – zróżnicowanie kolejnych indywidualnych numerów. Większość z nich zasługuje na wyróżnienie, ale w pierwszej kolejności uwagę przykuwa „Anthropocene”. OMD zawsze mieli dobrą rękę do przebojów, ale ten kawałek to ukłon zarówno w stronę Kraftwerk jak i „Nineteen” Paula Hardcastle, zawierający w sobie ponurą przepowiednię losów gatunku ludzkiego. „Look At You Now”, słodko-gorzkie w typowym dla OMD stylu, przypominające zapomniany numer, jaki lata temu McCluskey nagrał z Karlem Bartosem, „Kissing the Machine”. Wreszcie, dwa kawałki, które jak twierdzi Paul Humphreys, udało się im dokończyć po latach trzymania w szufladzie – „Don’t Go” i „Aphrodite's Favourite Child”.

Na wyróżnienie zasługuje także finał tej płyty, tym razem nietypowa dla OMD wzruszająca ballada „Healing”. OMD w swoich tekstach najczęściej komentują świat zewnętrzny, ale rzadko kiedy spoglądają do wewnątrz, w głąb własnych emocje, elementów człowieczeństwa, lęków i niepokoju. To wyjątkowy numer, dla którego niełatwo jest wskazać odpowiednik z ich katalogu. Tak jakby na sam koniec triumfalnej płyty McCluskiego i Humphreysa naszła refleksja, że to naprawdę może być koniec – i co on oznacza dla nich jako ludzi, czy są na niego gotowi. Artystą jest się wtedy, gdy się tworzy, a nie biernie egzystuje. Co będzie dalej, czas pokaże. Tymczasem cieszmy się z tej świetnej płyty od pionierów i bezdyskusyjnych klasyków synth-popu, którzy do końca pozostają wierni swojej wizji.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały