Optical Sun - Diabeł

Sludge metal okraszony poezją Kazimierza Ratonia oraz samplami z „Diabła” Andrzeja Żuławskiego, serialu „Przyłbice i kaptury”, czy słuchowiska „Gasnące kolory” Zbigniewa Jerzyny? Lubelska ekipa pokazuje, że da się to połączyć w dość porażający sposób.
Nie jest to pierwsze zderzenie zespołu z ‘diabelską’ tematyką, bowiem w utworze „Skamieniałości” sprzed ponad 7 lat grupa wykorzystała sample z filmu „Przyjaciel wesołego diabła”. Tym razem jednak jest znacznie mocniej i dużo bardziej przytłaczająco.
Począwszy od przejmującego, narastającego jakby z oddali „Strachu”, dostajemy uderzenia post-sludge’wym cepem oraz mocno gardłowym wokalem Huberta Bzomy, który pod tym względem przypomina momentami Tomasza Budzyńskiego. Ołowiany „X” również nie ułatwia odbioru, a jeszcze bardziej ciosa, zaś sample mówione przeplatają się tu z wściekłymi wokalami. Jeden z zenitów całości to przeładowany „Mój Bóg nie umarł”. Tu już nie tylko muzycznie wieje Armią, ale przede wszystkim wszechogarniającą apokalipsą. Dlatego też mocarne „Z głębi ran” w porównaniu z poprzednikiem brzmi (początkowo) niemalże… ogniskowo. Dopiero w drugiej części numer przyspiesza, niosąc równie ‘radosne’ przesłanie, co wcześniej. Kapitalnym przerywnikiem jest natomiast instrumentalne „Morte”, które nie tylko jest najbardziej nośną częścią płyty, ale i jej największym muzycznym urozmaiceniem. Tu bowiem ciężar ustępuje nieco melodii, co nadaje tej kompozycji klimatu… gotyckiego. Jest jeszcze niemalże sakralnie podane „Do krwi” z bolejącymi zawodzeniami Bzomy, które ciekawie odnajdują się na tle intensywnej warstwy instrumentalnej. Największym kolosem na płycie jest jednak „Spowiedź Oszukanego”. Epickie, doomowe smagania ciągną się tu przez 8 i pół minuty. Swoistym rozwinięciem (!!) jest tytułowy „Diabeł”, w którym przede wszystkim dominują sample z – (a jakże!) wspomnianego „Diabła”. Całość puentują zaś „Gasnące kolory”, które pod koniec znamiennie się wyciszają.
„Diabeł” to przeprawa dla straceńców – w przenośni i dosłownie. Ciężko tu o ułamek spokoju tak w duchu, jak i uszach. Kiedy już jednak wejdzie się głębiej w rozżarzony bólem świat, jaki rozpościera ten album, można odnaleźć w nim nie tylko gorzką, ale przede wszystkim srodze prawdziwą prozę życia.
MACIEJ MAJEWSKI

