Origin Of Escape - Shapes

"Shapes" to debiutancki album grupy Origin Of Escape wydany w labelu Farna Records Macieja Mellera - gitarzysty grupy Riverside.
Nie jestem pewien, czy okoliczności na świecie sprzyjają premierom muzycznym, szczególnie w Polsce; ale, w tym szaleństwie może być jakaś metoda. Być może taka ostra pięść, gniewna, elektryczna i emocjonalna, jest w takich momentach adekwatnym antidotum na ból, strach, lęk, paranoję, niepewność i apokaliptyczne koszmary na jawie. Origin Of Escape i ich debiutancki album Shapes, w pewien przewrotny sposób, idealnie trafia w swój czas. Ich sztuka opiera się zarówno na mocnym post/prog-metalowym uderzeniu, jak i progresywnym pięknie i złożoności. Pomaga w tym śpiew Krzysztofa Borka, który ma doświadczenie wokalne w obu tych terytoriach. W przyjemnym kontraście, Borek dał się także poznać jako kruchy i emocjonalny głos na obu obliczach Zenithu Macieja Mellera, na przestrzeni ostatnich dwóch pandemicznych lat. Tym razem, cały czas ze swoimi wysokimi rejestrami i charakterystyczną barwą, prezentuje swój wokal w zupełnie innym wydaniu.
Shapes jest płytą pełną najlepszych skojarzeń. Najłatwiej ‘opowiedzieć’ ją wykorzystując porównania, wzorce, przetarte szlaki, po których nasz rodzimy młody zespół zdecydował się pójść. Zanim to nastąpi, okładka! Już ona stanowi podpowiedź co do zawartości płyty, chociaż można po niej wnioskować, że będzie to coś z jakże modnych terytoriów stoner/doom/psychedelic. Blisko, ale nie do końca. To, czym Shapes epatuje już na starcie, to zwarta i gotowa do ataku fala magnetyczna przy której prog-rock przechodzi w metal, i odwrotnie. To ta sama linia Maginota, którą w przeszłości przekroczyły Anathema i Opeth, a którą bawią się Ulver i Gojira. To także skojarzenia ‘oczywiste’, chociażby Riverside, szczególnie w wydaniu Anno Domini High Definition; oraz, te mniej dosłowne, melodyczno-hardcorowe spod znaku Heaven Shall Burn lub Breakdown of Sanity. Nade wszystko, nad Shapes unosi się duch Toola, ich cyber-mechanicznego czadu i głosu Maynarda Jamesa Keenana.
Wszystkie te porównania nie oddają natury i jakości Shapes w stu procentach, wiadomo. Tego po prostu trzeba posłuchać! Zespół dysponuje dosyć prostym, ale jakże efektywnym ustawieniem: Krzysztof Borek - śpiew, Maciej Terlecki - bębny, Przemysław Gierat - gitara, Tomasz Kot - bas. Do tego elektroniczne wspomagacze, które pomagają nadać charakterystycznej, ‘toolowej’ sprężystości. Co ciekawe, album rozwija się na naszych oczach i uszach – to nie tylko prosty w zamiarach debiut (nie mogę w to uwierzyć, ale właśnie wydaliśmy płytę!), ale konkretny kierunek w którym zespół podąża teraz, jak i będzie podążać później. Już na starcie te piosenki wiedzą czego chcą, a płyta jest zwartą, wartką i gładką całością, pełną dobrego hałasu, wysokiego poziomu energii, ale przemyślanej i inteligentnej struktury. To nie jest metalowy ‘łomot’ czy punkowe ‘darcie japy’; to żywa konstrukcja, zbudowana na fundamentach wieloletniego słuchania, chłonięcia energii i przekazywania fascynacji.
Nie wyróżniam żadnych numerów, chociaż jest tu kilka takich, które stanowią oś akcji i jej najciekawsze punkty zwrotne. To dobrze odmierzone odcinki wartkiego mini-serialu, który wjechał w sferę naszego pojmowania we właściwym momencie. Z pewnością zespół inaczej wyobrażał sobie okoliczności swojego debiutu i na pewno wolałby, aby nie były one takie, jakie są. Aczkolwiek, nie od dziś wiemy, że muzyka rockowa dobrze sprawdza się w sytuacjach zła, jako odskocznia dla strachu i katalizator uczuć, jakie kłębią się w nas, mniej lub bardziej bezpośrednio uwikłanych w ten koszmar, z którego nie możemy się wybudzić. Powraca pytanie, czy w takich okolicznościach wypada nam się cieszyć, przeżywać muzykę? Myślę, że tak. Origin Of Escape są tego godni; ich brzmienie, oparte na gniewie i pięknie dobrze pasuje do tych okoliczności. Wszystko jest kwestią punktu widzenia; ale pewne jest to, że gdy ten koszmar już się skończy, ta muzyka jeszcze na długo pozostanie z nami.
