Paramore - Paramore

RecenzjaGrzegorz SzklarekParamoreWarner Music Poland2013
Paramore - Paramore

Czwarty album trio Paramore to najbardziej dojrzała płyta w ich dyskografii.

Album "Paramore" to płyta, która wciąga słuchacza już od pierwszego przesłuchania. Aż 17 utworów, 65 minut i do tego znakomite wykonanie, mnóstwo świetnych pomysłów i znakomita produkcja, za którą odpowiedzialny był Justin Medal-Johnson, mający na koncie współpracę między innymi z Nine Inch Nails i M83.

Siła "Paramore" polega na tym, że słuchając tego krążka nie wiemy, czym zespół zaskoczy nas w kolejnej piosence. Dawno nie słyszałem tak zróżnicowanej, a jednocześnie spójnej płyty. Paramore nawet w trakcie jednej kompozycji potrafią zmienić kilka razy tempo, zaskoczyć słuchacza smaczkiem aranżacyjnym, pobawić się brzmieniem. Niby jest to ostre, gitarowe granie tkwiące korzeniami w pop punku, ale znalazło się tu miejsce na elektroniczne patenty rodem z twórczości chociażby wspomnianego już M83, na echa gitarowego rocka rodem z lat 80. (wyśmienite "Part II" i monumentalne "Last Hope" z chóralnymi, 'stadionowymi' refrenami), na śliczne, popowe numery w stylu "Hate To See You Heart Break", na zakończenie w postaci ponad siedmiominutowego jazgotliwego, niemal industrialnego "Future", które mogłoby z powodzeniem trafić na jedną z ostatnich płyt...Nine Inch Nails. Nie ma na tej płycie ani sekundy przestoju.

Co ważne dla polskich słuchaczy, oczekujących na koncert Paramore na warszawskim Impact Festival, materiał z tej płyty ma w sobie moc i potęgę brzmienia, która sprawi, że materiał z tej płyty z pewnością znakomicie sprawi się na lotnisku na Bemowie.