Paul McCartney & Wings - Band On the Run (reedycja)

RecenzjaPaul McCartney & WingsUniversal Music Polska2024
Paul McCartney & Wings - Band On the Run (reedycja)

Wznowienie najpopularniejszego wydawnictwa Paula McCarteneya nagranego z grupą Wings „Band On The Run”, to nie tylko klasyka w dorobku ex-Beatlesa, ale przede wszystkim dowód jego talentu jako lidera twórczego i organizacyjnego.

Album został nagrany głównie w studiu EMI w Lagos w Nigerii, ponieważ McCartney chciał nagrywać w egzotycznym miejscu. Poprosił więc wytwórnię o listę jej zagranicznych placówek, w której mógłby zarejestrować swoje nowe dzieło. Studio w Lagos było jednak kiepsko wyposażone, a do tego warunki w samej Nigerii nie należały najłatwiejszych (po wojnie domowej w 1970 roku w kraju rządził rząd wojskowy, a korupcja była wszechobecna). Co więcej - krótko przed wyjazdem do Lagos, grupę opuścili perkusista Denny Seiwell i gitarzysta Henry McCullough (który pokłócił się z liderem podczas prób). Wściekły McCartney, nie mający czasu na zatrudnienie zastępców, wszedł do studia tylko ze swoją żoną Lindą i gitarzystą Dennym Lainem. Sam zagrał na basie, perkusji oraz zarejestrował większości partii gitary prowadzącej. Ale to nie koniec problemów: na miejscu McCartneyowie zostali okradzeni, tracąc notatki z tekstami piosenek oraz taśmami demo. Po powrocie do Anglii ostateczne dogrywki odbyły się w Londynie, głównie w AIR Studios.

Dla McCartneya „Band On The Run” było swoistym ‘być albo nie być’ po kiepsko przyjętych płytach „Wild Life” i „Red Rose Speedway”. I początkowo nie zapowiadało się, że tym razem będzie lepiej. Dopiero promocja dwóch singli z płyty – „Jet” oraz tytułowego „Band On The Run”, napędziła sprzedaż. W konsekwencji album okazał się jedną z najlepiej sprzedających się płyt roku 1974, zdobył nominację do nagrody Grammy w kategorii Album Roku (statuetką nagrodzony został producent płyty, Geoff Emerick w kategorii najlepiej wyprodukowanego pełnowymiarowego wydawnictwa nieklaszycznego). O co więc chodzi z „Band On The Run”? Przede wszystkim o kapitalny utwór tytułowy (jeden z najlepszych w erze post-beatlesowskiej, nagranej przez któregokolwiek z członków słynnej grupy), wprowadzający do całej, dość figlarnej momentami płyty. Jest pozornie poważny muzyczny „Jet”, który zaskakuje zwartą motoryką, wręcz stadionowym refrenem i typowymi mccartneyowskimi zwrotkami. Jest przyjemny, naznaczony pulsem reggae „Blubird” (napisany ponoć podczas wakacji Paula na Jamajce). Co ciekawe, harmonie wokalne bardzo przypominają te z czasów The Beatles, gdy spółka Lennon-McCartney dawała popis dwugłosowy, stanowiący wzór w całej ówczesnej muzyce pop. Zaś partia saksofonu, na którym zagrał Howie Casey, dodatkowo wzbogaciła utwór. Jest także jeden z najbardziej charakterystycznych numerów na płycie (głównie za sprawą krzyczanego refrenu: „Ho! He-Ho!”), który ukazał się na pierwszym singlu – „Mrs. Vandebilt”. Z kolei „Mamunia”, zainspirowana pobytem McCartenyów w hotelu o tej nazwie, znajdującego się w Marakeszu, to jedyny utwór tak silnie naznaczony rytmami okołoafrykańskimi na całej płycie. Natomiast „No Words” – jedyny kawałek na płycie, którego współautorem jest Denny Laine – spokojnie mógłby znaleźć się na „Revolver” The Beatles. Nieco dziwnym zabiegiem w mocno country’owym „Picasso's Last Words (Drink to Me)” okazało się umieszczenie cytatów z „Jet” i „Mrs. Vandebilt”… Album zamyka zaś dość nośny „Nineteen Hundred and Eighty-Five”, naznaczony przede wszystkim brzmieniem fortepianu i klawiszy oraz nietypowo zabarwionym wokalem Paula, przypominającym w konsekwencji nieco dokonania ABBY.

Wznowienie „Band On The Run” z okazji 50-lecia wydania zostało wzbogacone dodatkową płytą „Underdubbed Mix”, zawierającą wszystkie wersje utworów jeszcze przed pełnym miksem, bez dodatkowych orkiestracji. Trzeba przyznać, że w tej wersji wszystkie utwory znakomicie się bronią, co świadczy o niepodważalnym talencie Paula McCarteneya do tworzenia zgrabnych, a jednocześnie solidnie zaaranżowanych piosenek.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały