Pearl Jam - Dark Matter

"Dark Matter" to oczekiwany z niecierpliwością od 4 lat nowy dwunasty już album Pearl Jam. Czy płyta nawiązuje do najlepszych dokonań zespołu z Seattle? O tym w naszej recenzji autorstwa Jakuba Oślaka.
Oto jest – dwunasty album studyjny Pearl Jam. Ich poprzedni krążek "Gigaton" ma już 4 lata, w co trudno uwierzyć, gdyż wielu fanów nie zdążyło jeszcze wyjąć go z folii. Pearl Jam w latach świetności przyzwyczaił nas do częstszego cyklu wydawniczego, co było symptomatyczne dla tamtych realiów rynkowych, ale dawało też świadectwo jak duży potencjał był rozbudzony w piątce z Seattle. Dziś, gdy zespół pracuje wyłącznie na własny rachunek, bez presji medialnej i branżowej, te kreatywne pokłady opadły. A każdy przejaw nowej aktywności studyjnej jest przez rzesze ich sympatyków wyczekiwany z wielką nadzieją, ale i rosnącym sceptycyzmem.
Od czasu albumu "Pearl Jam" z 2006 r. (aka Avocado) każdy nowy longplay był słabszy od poprzedniego, mimo zapewnień zespołu, że mają mnóstwo pomysłów, sięgają do korzeni, itd. I oto nadeszło "Dark Matter", które podobnie ma być powiewem świeżości, wznieceniem ognia, rozgrzaniem chemii, itp. I powiem otwarcie, to najlepszy krążek od rzeczonego Avocado, najbliższy powrotowi na kurs z jakiego zespół zboczył ponad 15 lat temu. Słychać, że muzycy są fizycznie i duchem w studiu, piosenki powstają na gorąco, a nie są przyniesione przez każdego z osobna, jak na "Gigatonie". Duża w tym zasługa człowieka, który pociąga w tym studiu za sznurki. A jest nim Andrew Watt, młody, ale już doświadczony producent i gorące, rozchwytywane nazwisko. Obok współpracy z młodzieżą posiadł on dar do pracy z dinozaurami, którzy potrzebują pozytywnego kopniaka i silnej, niezależnej opinii; dość powiedzieć, że to Watt odpowiada za ostatni album Stonesów, pierwszy od kilkunastu lat ich premierowy materiał. Jeśli poradził sobie z Jaggerem i Richardsem to na pewno poradzi sobie z Vedderem, który przestał być symbolem jakiegokolwiek buntu, a stał się konformistą. Takie są niestety fakty, że najważniejszej osobie w zespole Pearl Jam podoba się życie milionera i status nowego Bono. To wszystko ma wpływ na to, co Pearl Jam komponuje i wydaje. Albumy są niespójne, wesołkowate, nijakie, wtórne, rozwleczone, a na każdy dobry ich moment przypada tyle samo gniotu i nudy. Watt nie tylko zdyscyplinował zespół, ale też spoił nowy album w taki sposób, aby przywołać ducha ich największych dokonań, od "Ten" po "Yield". Watt ma do tego nie tylko warsztat, ale także element osobisty – jest zadeklarowanym fanem Pearl Jamu, dla którego jest to coś w rodzaju spełnionego marzenia. Już wcześniej pracował i występował na żywo z Vedderem przy jego solowym "Earthlings", ale dopiero teraz przyszedł czas próby z maszyną, jaką jest zespół.
Te numery dobrze się lepią, intrygują, wzbudzają emocje, nie tylko te pozytywne. "Dark Matter" to mówiąc truistycznie, płyta złożona z dwóch stron: tej dynamicznej, w której zespół zawarł prawdziwe bomby, takie jak „React, Response”, „Scared of Fear”, „Running”, „Upper Hand”, a nade wszystko numer tytułowy; druga zaś to ta, która zwyczajnie wieje nudą i tym samym, co odrzuca od "Lightning Bolt", "Gigatona" czy "Earthlings", czyli nijakie akustyczne ballady przypominające twórczość Toma Petty. Ten muzyk od zawsze był dla Pearl Jam wielką inspiracją, co słychać chociażby na ukochanym przez fanów albumie "No Code", ale tu zwyczajnie irytuje.
Na garść świetnych numerów przypada drugie tyle kaszy manny w postaci „Wreckage”, „Got to Give”, czy „Something Special”. Ten ostatni przejdzie do annałów jako najgorszy oficjalny numer podpisany jako Pearl Jam. Już wcześniej zdarzały im się gnioty, „Buckle Up”, „Sleeping by Myself” czy „The Fixer”, ale tym razem przeszli samych siebie; lub też, zrobił to Eddie Vedder, gdyż ten koszmarek powinien był znaleźć się na jego solowej płycie. Jest to jego osobisty pełen troski list do wchodzącej w dorosłość starszej córki Oliwii. Idea słuszna, ale na albumie zespołowym kole w uszy. "Dark Matter" zabrzmiałaby lepiej, gdyby ją skrócić o 1-2 numery.
To powiedziawszy, dawno album Pearl Jam nie wzbudził we mnie tyle ciekawości i satysfakcji. To co dobre jest na tyle dobre, że można wybaczyć im przejawy ‘dad rocka’. Watt ozdabia album intrami, efektami, szczegółami i ciekawostkami. "Dark Matter" nie jest płytą prostą, „punkową” – dużo w niej eksperymentu i kombinowania, jakie przerosło wszystkich na "Gigatonie"; ale tu ma to sens. Jest to poukładane i zmierza do celu. Zespół jest zdyscyplinowany, a Matt Cameron i Jeff Ament ścigają się w popisach; ale to Mike McCready, najbardziej niedoceniany gitarzysta w historii rocka, wygrywa na swoim łuszczącym się Fenderze prawdziwe salto mortale.
"Dark Matter" brzmi świeżo, do pewnego stopnia. Zdobi go strona wizualna, której poziom dawno nie gościł na albumie tego zespołu. Jest przeładowany marketingowo, co jeszcze bardziej potęguje oczekiwania. Da się w nim usłyszeć echa klasyków Pearl Jam, w czym zasługa Watta, który chciał, aby zrobili to ‘tak, jak na Vitalogy.’, szkoda tylko, że nie w rozciągłości krążka. Pearl Jam jaki kochamy jest gniewny i frapujący, spowity lękiem i smutkiem wykrzyczanym w lustro świata. "Dark Matter" jest zbyt pogodne, brakuje mu liryki, jaka ongiś zachwycała na „Immortality” czy „Nothing As It Seems”. Jego prawdziwa ocena nastąpi z czasem, w sercach każdego z nas.
JAKUB OŚLAK


