PJ Harvey - I Inside The Old Year Dying

RecenzjaPJ HarveyPIAS Poland2023
PJ Harvey - I Inside The Old Year Dying

PJ Harvey powróciła po 7 latach przerwy z dziesiątym albumem studyjnym.

Polly Jean Harvey dawno nie odzywała się z nowym materiałem. W sumie, to zrozumiałe – po serii wymagających, intelektualnych albumów w postaci "The Hope Six Demolition Project", "Let England Shake", a wcześniej znakomitego "White Chalk", ich autorka miała prawo poczuć się kreatywnie wyzuta. Sama to przyznała, że dopadł ją writer’s block, czyli brak weny, inspiracji. Do tego coraz bardziej szalejący świat, pędzący gdzieś ku zapaści, niefortunne globalne zdarzenia, konflikty polityczno-zbrojne – to wszystko ma przełożenie na wrażliwą duszę. Hrabina alternatywnego rocka wielokrotnie udowadniała, że potrafi operować melancholią, smutkiem, a nawet depresyjnością swoich słów i muzyki, przekuwając je na pozytywną energię wycelowaną w słuchaczy oraz w nią samą. Tymczasem od kilku lat – pustka. Do tego stopnia, że niedawno zdecydowała się oficjalnie wydać wersje demo większości swoich albumów; tylko głos, robocze wersje tekstów i prowizoryczny akompaniament.

Podskórnie czułem, że gdy wena powróci, przyniesie coś na podobną do tych demówek modłę. I nie myliłem się. "I Inside The Old Year Dying" brzmi jak wersja demo samej siebie – niedokończona, surowa, nieoszlifowana, ale oddająca stan duszy artystki, podobnie jak ta gałązka na okładce. To nie są terytoria, których PJ nie poruszała wcześniej; ale owo ‘dopracowanie w swoim niedopracowaniu’ to nowość, podobnie jak stonowany, cichy, akustyczny klimat całości, który bardzo przypomina mi to, czym parali się tacy czarodzieje jak Nick Drake, Tim Buckley, a nawet solowy Mark Hollis. Dzięki temu, "I Inside The Old Year Dying" łatwo jest zarówno odrzucić, jak i pokochać, w zależności od pory dnia, okoliczności, stanu skupienia. To płyta wymagająca niedzieli, albo leniwego poranka w słońcu, kiedy wokół panuje względna cisza, a słuchacz nie oddał się jeszcze szaleństwu kolejnego dnia. To materiał odpowiadający zarówno na pilne potrzeby duszy autorki, jak i nasze własne, gromadne i ludzkie.

W produkcji płyty towarzyszą Polly, bez zaskoczenia, John Parish i Flood. PJ podkreślała w wypowiedziach, że materiał był już gotowy w ubiegłym roku, ale newralgiczność rezultatu końcowego sprawiła, że musiało upłynąć dużo czasu, zanim autorka była z niego zadowolona. To być może najbardziej osobisty z jej albumów, ukazujący ją w momencie duchowej słabości tu i teraz, a nie uwalniający koszmary i demony z dawnych lat. Słowa piosenek są bardzo enigmatyczne, co chwila przewija się jakieś nawiązanie do Elvisa Presleya, których do końca nie rozumiem. Ale nie w tym rzecz; być może to nie ma żadnego sensu – i oto całe sedno. "I Inside The Old Year Dying" to mechanizm twórczy, który ponownie rusza na naszych oczach, którego owoce są nieoczywiste, niejasne. Ale tak właśnie wygląda ewolucja artysty, który nie tylko mierzy wyżej, niż poprzednia płyta, ale czasami musi wykonać pełen restart własnego systemu duchowo-intelektualnego, aby iść dalej.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały