Pulp - More

"More” to pierwszy longplay Pulp od 24 lat, nagrany pod czujnym okiem rozchwytywanego Jamesa Forda, tego samego, który odpowiada za powrót innych filarów Britpopu, czyli Blur.
Gdy będąc w Anglii wejdziemy do sklepu typu ‘wszystko po funta’, znajdziemy tam kącik z płytami CD - takimi, których nikt więcej nie chce kupować, gdyż są już w każdym domu. Poza kolędami Susan Boyle i składankami ‘Now That's What I Call Music!’, znajdziemy tam gwiazdorów największego haju na Britpop – Oasis i Blur, Suede, Supergrass, Stereophonics, Manic Street Preachears, Ocean Colour Scene, The Verve, a nawet The La’s (ojców Britpopu).Wśród nich będą także egzemplarze największych komercyjnych sukcesów Pulp – „Different Class” i „This Is Hardcore”, dzięki którym w tym momencie w ogóle rozmawiamy o tym zespole. W odróżnieniu od reszty wymienionych zespołów, Pulp nie debiutowali w czasie Britpopu; ich korzenie sięgają przełomu lat 70 i 80, chociaż większość sądzi, że „Common People” było ich debiutem. Wszystko to miało miejsce w niesamowitym tyglu dla nowej muzyki, jakim był początek lat 90., szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie równolegle, a często w marketingowym konflikcie, egzystowały Britpop, Madchester, house, rave i techno, trip-hop, jungle i drum’n’bass, a wreszcie nowe brzmienia. A gdy na to nałożymy inwazję grunge i amerykańskiej alternatywy, wtedy jest jasne, dlaczego płyty z tamtego czasu wciąż zalegają półki sklepowe.
Pulp jest zespołem, który odcisnął na tyle mocne piętno na widnokręgu Anglii, że jego dłuższa nieobecność nie jest aż tak odczuwalna. Ten zespół, a w zasadzie ten jeden przebój („Common People”), ciągle gdzieś słychać; a głos Jarvisa Cockera zostawia w głowie ślad tak silny, że wydaje się, że ten wokalista i ten zespół ciągle coś nagrywa i wydaje. Tak jak Damon Albarn i Blur, a także Thom Yorke i Radiohead, nieaktywność tych zespołów nie jest aż tak odczuwalna, gdy ich frontmani ‘wyskakują’ regularnie, a to w twórczości solowej, a to w różnych projektach pobocznych. A głos Jarvisa jest ciągle gdzieś słyszalny i nie da się go z nikim innym pomylić.
Informację, że Pulp wraca po wielu latach z premierowym materiałem przyjąłem ze spokojem. To nie pierwszy ich ‘powrót’ po dłuższym hiatusie, a bywa też tak, że zupełnie nowy materiał przyniesiony po zbyt długim okresie ciszy może zaowocować przedawnionym zakalcem (patrz Blur i „The Ballad of Darren”). A zatem, zabawnie zatytułowany album „More” i ta spokojna okładka na której brakuje jedynie kowboja z papierosem, nie przyspieszyły zanadto mojego krążenia. Z tym większym zaskoczeniem stwierdzam, że w odróżnieniu od Blur, powrotowa płyta Pulp jest wyśmienita, dynamiczna, różnorodna i nade wszystko wciągająca na wiele odsłuchów. Umówmy się, że Pulp to Jarvis Cocker. To on stanowi o być albo nie być tego zespołu, z całym szacunkiem do reszty muzyków, których skład jest stabilny od czasu „Common People” - Candida Doyle, Nick Banks i Mark Webber. Niestety Steve Mackey zmarł 2 lata temu, a przed powrotem zespołu dał znać, że nie będzie jego częścią („More” jest dedykowane jego pamięci). Na scenie i w studiu zastąpił go (póki co) Andrew McKinney, razem z Emmą Smith i Adamem Bettsem; cała trójka to współpracownicy Jarvisa z jego solowych projektów, zatem wszystko pozostaje w rodzinie. Mimo to, główny bohater jest tylko jeden, nawet jeśli lubi on grać fajtłapę.
„More” to kwintesencja stylu Pulp. Znajdziemy tu zarówno inteligentne, nieco humorystyczne, art-rockowe numery w stylu Talking Heads, jak i frapujące, melancholijne, pełne zakochanego serca numery a’la Leonard Cohen. Dynamika Pulp jest kompatybilna z osobowością Jarvisa i jego anty-rock’n’rollową stylówką, w której więcej doktoranta matematyki, niż idola tłumów. On sam uważa się za jednego z ‘common people’ (zwykłych ludzi, lub pejoratywnie pospólstwa); co nie znaczy, że nie czyni go to na swój sposób gwiazdorem. Jak sam mówił, ‘Jeśli taki Ziutek jak ja może śpiewać, to wy też możecie.’ Właśnie to czyni go tak popularną, lubianą postacią.Jarvis ma w sobie dużo z przymrużenia oka Davida Byrne’a, jak i neurotycznej surowości Iana Curtisa. Jest mieszanką zblazowanego, inteligenckiego Londynu, jak i robotniczej angielskiej północy, niezbędnej do bycia wiarygodnym w Britpopie (w jego akcencie słychać, że pochodzi z Sheffield). Potrafi brzmieć zupełnie poważnie i romantycznie jak Bryan Ferry, ale i trawestować i nabijać się z rzeczywistości i samego siebie jak Ricky Gervais. Bez ogródek śpiewa zarówno o problemach psychiki gatunku ludzkiego i jego skłonności do melancholii, jak i o własnych snach na jawie i zupełnie nieoczekiwanych strzałach amora na parkingu przed supermarketem.
„More” jako album nie jest stylistycznie odległe od tego, co Pulp proponowali przed laty; mimo to jest powiewem świeżości we właściwym kierunku, gdzie dawna gwiazda wraca w nowej glorii wciąż doskonale działającego mechanizmu. Zespół brzmi bardzo dobrze jako całość, a nie tylko akompaniament dla Jarvisa, a takie numery jak „Grown Ups”, „Tina”, „Background Noise” czy „Partial Eclipse” zostają w pamięci na długo. Dobrze dobrano też single – „Spike Island” było już wcześniej znane z koncertów Pulp, ale „Got to Have Love” to prawdziwy triumf, z pompą, blichtrem i dyskotekowym odlotem; no i rzecz jasna z poczuciem humoru, tak jak „Disco 2000”.Co ważne, dzięki takim płytom jak „More” aż chce się ujrzeć zespół na żywo, jakby dopiero co wysiedli z maszyny czasu w innej rzeczywistości.
Pulp wystąpili w Polsce tylko raz, w strugach deszczu na Open’erze w 2011, po którym ukazały się pamiętne zdjęcia zmokłego jak kura Jarvisa w swoich zaparowanych okularach. Oto cały on – miłość i poświęcenie, ale i dystans do siebie, dusza romantyka o dużym stopniu autoironii. Jarvis mógłby startować jako nowy wokalista Talking Heads, ale i Joy Division i uważam, że dałby radę w obu rolach. Na szczęście jego statek-matka powrócił, więc może on spokojnie realizować swój sen, tak jak to opisał w „Grown Ups”
JAKUB OŚLAK

