Red Hot Chili Peppers - Return Of The Dream Canteen

Okazuje się, że „Unlimited Love” stanowiło tylko pierwszą część materiału, jaki Red Hot Chili Peppers zarejestrowali po powrocie do składu grupy Johna Frusciante. „Return Of The Dream Canteen” mówi o kompozytorskiej formie zespołu jeszcze więcej, niż poprzedniczka.
Przyznaję, że zapowiedź kolejnego krążka z nagraniami z tej samej sesji nieco mnie zaskoczyła. W przeszłości wszak Red Hotom nie przeszkadzało wydawanie większych pojemnościowo wydawnictw, czego najlepszym dowodem jest podwójny album „Stadium Arcadium” z 2006 roku. Tym razem pierwotny plan zresztą zakładał wydanie nie dwóch płyt, a 7 dysków, na których znalazłoby się łącznie 40 kompozycji, jakie zespół napisał podczas tych sesji. Wytwórnia jednak wymogła wydanie dwóch płyt w odstępie czasu, na których znalazło się łącznie 34 utworów.
Pierwszy singiel zapowiadający „Return Of The Dream Canteen” , zatytułowany „Tippa My Tongue”, ukazał się w drugiej połowie sierpnia i to on otwiera płytę. To zapowiedź skądinąd całkiem niezła. Prosta, funkująca struktura i wers Funky monks are on the run,sugeruje niemalże powrót do klimatów z „Blood Sugar Sex Magic”. Podobną filozofię obrano w kolejnym, choć odrobinę łagodniejszym i nieco przesłodzonym „Peace And Love”. Poważniej robi się w „Reach Out”, lirycznie odnoszącym się do kwestii uzależnień, gdzie bardzo delikatnie narastająca warstwa muzyczna w zwrotkach zyskuje kulminację w znacznie mocniejszych refrenach. To zresztą jedna z najlepszych kompozycji na całej płycie. Dość zaskakująco pół-gorzko wypada również znany z singla „Eddie”, będący hołdem dla zmarłego przed dwoma laty Eddiego Van Halena. Powstał ponoć dzień po śmierci słynnego gitarzysty, a powracające w refrenach słowa Please don't remember me są raczej wyrazem uznania dla jego postawy, aniżeli osiągnięć. Oczywiście swoje musiał dołożyć tu Frusciante, który popisuje się długą i nieco tkliwą solówką gitarową w drugiej połowie utworu. Nieźle wypada natomiast „Fake as Fu@k”, który gdyby nie snujące się zwrotki, byłby co najmniej tak dobry „By The Way”. Zwarte, pulsujące refreny, naznaczone także partiami trąbki (obstawiam Flea w roli ich autora) w połączeniu z ‘najntisową’ codą, czynią zeń faworyta całego albumu. Do swych funkowych korzeni panowie wracają w „Belli”. Oczywiście nie dosłownie, bo tym razem to mdłe refreny są najsłabszą częścią całości. Zaś przy „Roullete” atmosfera płyty całkowicie siada. Wyraźnie brakuje tu mocnej linii kompozycyjnej. Ot, następny numer, który sobie płynie, ale tym razem kompletnie nie zapada w pamięć. Natomiast od „My Cigarette” panowie zaczynają się bawić elektroniką - głównie Frusciante, który doświadczenia ma w tej materii co prawda najwięcej, aczkolwiek –jak słychać - nie zawsze wystarczających kompetencji. Utwór po prostu ‘nie klika’. „Afrerlife” można sobie spokojnie darować. Nie ze względu na tym razem nikły udział elektroniki, ale z powodu miałkości całości. Numeru nie ratuje nawet całkiem zgrabna linia basowa Flea, która ginie na tle reszty. Pewnym zaskoczeniem jest z kolei „Shoot Me A Smile”, w którym nieśmiało pobrzmiewają echa twórczości… The Beach Boys, zwłaszcza w harmoniach wokalnych. „Handful” z okolojamajskimi trąbami w zasadzie można sobie odpuścić. Podobnie sugeruję uczynić również ze znanym z singla chybionym, pseudopopowym „The Drummer”. Na moment ten impas przełamuje „Bag Of Grins” – płynący i nieco popgrunge’owy, ale wreszcie choć trochę konkretny w wydźwięku. Natomiast takie numery jak przeckliwy "La La La La La La La La" panowie z RHCP powinni zostawić luminarzom soulu i r&b - ci zrobiliby to po prostu dużo lepiej. Zaś na odcinku bezdusznego "Copperbelly" płyta zaczyna łapać zadyszkę. Z tej wychodzi po raz ostatni na całej płycie w „Carry Me Home” – sunącej balladzie, mającej jednak w sobie coś z ducha twórczości… Hendrixa. Zamykający, półsyntetyczny „In The Snow” to już tylko błąd w sztuce.
„Return Of The Dream Canteen” to jeszcze bardziej nierówna płyta, niż „Unlimited Love”. Po całkiem obiecującym początku, reszta wydaje się dość wymęczona. Miesiąc miodowy zespołu z Johnem Frusciante na pokładzie trwa najlepsze, natomiast nie najlepszą decyzją jest oddanie mu pola aż tak bardzo. Etatowy syn marnotrawny Red Hot Chili Peppers próbuje bowiem przeszczepić patenty i eksperymenty ze swojej solowej twórczości na łono zespołu. Skutkiem jest gros absolutnie mętnych i - jak na ten zespół – niezwykle biednych aranżacyjnie numerów, jakie wypełniają „Return Of The Dream Canteen”, której w konsekwencji do najlepszych dokonań w dorobku grupy brakuje bardzo wiele.




