Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeRecenzjeRichard Ashcroft - Lovin' You
Richard Ashcroft - Lovin' You

Richard Ashcroft - Lovin' You

Recenzja22.01.2026Richard AshcroftVirgin Music2025
Richard Ashcroft - Lovin' You

Były lider The Verve i ikona britpopu, Richard Ashcroft, przynosi nam nowy album solowy, na którym następuje coraz wyraźniejszy rozbrat z jego dotychczasowym stylem.

Długo przymierzałem się do napisania o nowej płycie Richarda Ashcrofta. Zwykle unikam pisania źle o albumie – uważam to za pretensjonalną stratę czasu. Jeśli o czymś piszę, to znaczy, że uważam dany krążek za wart uwagi, wyrazisty i wymowny. Z „Lovin’ You” mam problem; najchętniej bym o nim nie pisał. Ale to by znaczyło, że uważam tę płytę za jednoznacznie kiepską, a tak nie jest. To ten typ krążka, który ma sporo mankamentów i mocnych stron; a nad każdym można debatować i odmiennie interpretować. Czyż nie dlatego warto włączyć płytę i samemu ocenić, zamiast czytać słowa, których i tak nigdy nie bierzemy do serca?

Gdy Ashcroft wydał „Lovin’ You” w październiku 2025 nie miałem ochoty słuchać kolejnego rozdziału w jego niekończącej się opowieści ‘Co mam zrobić, aby ludzie znów mnie słuchali jak kiedyś?’. Ashcroft, poza sukcesem i przekleństwem jednej piosenki The Verve, wiedzie bardzo konkretną karierę solową, która udanie kontynuowała jego ‘vervowy’ styl. Wielu fanów, w tym innych muzyków, ceni go właśnie za ten jakże brytyjski styl romantycznego buntownika, który nikomu się nie kłania, tylko robi swoje, transmitując przekaz od boga rock’n’rolla. Dodać do tego należy jego fizyczne cechy ‘przystojnego brzydala’ i mamy gotowego alternatywnego idola.

Problem w tym, że Ashcroft sam nie wie czego chce. „Urban Hymns” The Verve było epokową płytą. Jednakże, przez wiadome okoliczności, nigdy nie ‘skonsumował’ on sukcesu swojego arcydzieła, co sprawiło, że musiał kontynuować poszukiwania języka twórczego. A jego solowe krążki to solidne, różnorakie propozycje, z których każda lądowała w czubie brytyjskich list. Sęk w tym, że Ashcroft jest bożyszczem głównie tam, na Wyspach; a jemu marzy się coś więcej, powrót na globalną scenę, czego w ostatnim czasie doświadczył chociażby wspierając Oasis na ich triumfalnej trasie. „Lovin’ You” to kolejne podejście do zarobienia na bilet dookoła świata.

Ashcroft historycznie miał 10 lat przerwy w solowej twórczości, między 2006-2016 (był wtedy zajęty powrotem The Verve). Gdy przyszedł czas na nowy krążek solowy, dostaliśmy „These People”; i już było wiadomo, że próbuje on znaleźć nowy przepis na siebie. Elektronika, rytm, produkcja, zakusy taneczne; było jasne, że koniec z depresyjnymi songami do lustra w zimnym pokoju. Późniejszy „Natural Rebel” tylko utwierdził go na nowej drodze, a „Lovin’ You” jest tego absolutną kulminacją. Gdyby Ashcroft wyjechał z taką płytą tuż po „Alone With Everybody” zostałby zmiażdżony, tak jak Chris Cornell po „Scream”. Ale, stopniowo, ta żaba się ugotowała.

„Lovin’ You” od progu jest tendencyjne – „Lover”, „Oh L'amour”, „Lovin’ You”, no i „I’m a Rebel” – same te tytuły brzmią jak powtórka z rozrywki. Na dodatek, słychać coraz silniejsze popowe zabiegi studyjne. „Lover” odrzuca jak irytujący dzwonek domofonu, bez którego nie wejdziemy dalej. „I’m a Rebel” współkomponował Mirwais, ten sam który w czasie boomu francuskiego house popełnił słynne „Disco Science” i był producentem czterech płyt Madonny. Ashcroft sam tego chciał, nikt mu tego nie narzucił, to była jego decyzja. Jak twierdzi, nie chce ciągle grać tego samego, a jego muzyka nie zamyka się w jednym konkretnym stylu. Każdy tak się tłumaczy.

Tu przychodzi test słuchacza – czy odrzuci nowy styl Ashcrofta, czy go zaakceptuje? To subiektywny wybór, jak i wolność interpretacji. Swoboda artystyczna czy zagrywka pod mainstream? Co wolno Bowiemu, Murphy’emu albo Wellerowi, to już nie Ashcroftowi? Ashcroft ewidentnie powiela drogę, jaką dawny lider The Jam wyznaczył sobie i za co jest wielbiony na Wyspach – z dwoma palcami w górze, bynajmniej nie w geście pokoju. Czy to dorabianie filozofii do skoku przez rekina? Przez Ashcrofta już wcześniej przemawiał pop, chociaż nigdy do tego stopnia. Pamiętajmy, że dusza brytyjskiej muzyki to nie tylko rock, ale także scena klubowa.

„Lovin’ You” składa się ze świetnych numerów z kilku różnych parafii. To materiał ‘tu i teraz’, a nie tylko zakurzone dźwięki przeszłości. Nigdy nie byłem psychofanem Ashcrofta; być może dlatego łatwiej mi zaakceptować i polubić jego twórcze wolty. Warto zwrócić uwagę na to, że nie porzuca on zupełnie swojego wytartego stylu, a jedynie demonstruje, jak sam tłumaczy, swoje szersze horyzonty. Każdy z tych numerów jest ciekawy sam w sobie, hołdując tradycyjnym wartościom brytyjskiej muzyki – krótko i na temat, z dobrą melodią i chwytliwym refrenem. Jak mówił Johnny Marr, najprostsze piosenki są najlepsze do słuchania i najtrudniejsze do napisania.

Słuchając „Lovin’ You” rozumiem dlaczego tak wielu fanom Ashcrofta nie podoba się ten album. Co z tego, że mamy tu tak dobre numery jak „Out Of These Blues” czy „Crimson Fire”, skoro tuż obok czai się dyskoteka i pop rodem z tiktoka. Czy Ashcroft sprzedał duszę diabłu (płytę wydało Virgin), czy pokazuje, że stać go na dużo więcej? Uważam, że w każdym z tych solidnych numerów z osobna, nawet w nieszczęsnym „Lover”, da się usłyszeć coś ciekawego. Mnie nie pasuje to, że przez rozbrat stylowy starego z nowym mamy tu misz-masz na tym samym talerzu, w efekcie czego album nie jest ciekawą całością, a stanowi jedynie zbiór niezłych numerów.

To, czym „Lovin’ You” bezdyskusyjnie jest, to prowokacją do starej jak świat dyskusji. Czy artysta powinien strzec swojej reputacji i wyrobionej stylistyki, czy nieustannie czegoś szukać, ryzykując porażkę? A jeśli szukać, to czy zakusy w bardziej komercyjne terytoria to nadal artyzm, czy pokłon przed złotym cielcem? Czy artysta w ogóle cokolwiek ‘powinien’? No i my, słuchacze – czy bezrefleksyjna akceptacja każdej płyty ulubionego artysty to dowód dojrzałości i osłuchania, czy przeciwnie, ogłupienia i nie dopuszczania faktów? Jestem bardzo ciekaw, co o tym krążku sądzą zarówno gorący zwolennicy Ashcrofta, jak i podobni to mnie umiarkowani sceptycy.

JAKUB OŚLAK