Sparks - A Steady Drip, Drip, Drip

Istniejąca od 53 lat kalifornijska grupa Sparks zaprezentowała swój 24 (!!!) album studyjny "A Steady Drip, Drip, Drip".
Muzyka Sparks to smak nabyty, pełna enigmy, nieprzewidywalności, liryki i „braku piątej klepki”. To muzyka o niezwykłym poziomie poczucia humoru i auto-ironii; aczkolwiek, podszytej inteligencją, introspekcją, wrażliwością, zmysłem obserwacji i ciętej riposty wobec świata. Sparks to muzyczny odpowiednik Monthy Pythona, przedstawiający świat w krzywym zwierciadle, surrealistyczny i absurdalny, acz fascynujący i niekiedy przebojowy. Sparks dzielą słuchaczy na fanatycznie oddanych i bezwzględnie negujących, podobnie jak Cpt. Beefheart czy Frank Zappa; ale od 50 lat wciąż podążają swoją pokrętną ścieżką, inspirując coraz młodszych muzyków, i z każdą płytą idzie im coraz lepiej.
Sparks potrafią nagrać przebój, co udowodnili w przeszłości piosenką „When Do I Get To Sing ‘My Way’”, i nowa płyta takim właśnie kawałkiem się otwiera. „All That” to hymn, finał na start, podniosły, wzruszający, zapadający w pamięć. To utwór, z którym nie jeden słuchacz będzie mógł się zidentyfikować, ze słoną łzą w oku, dokładnie tak jak z „When Do I Get…”. Typowe szaleństwo Sparksów przychodzi wraz z drugim „I’m Toast”, znacznie bliższym ich art-rockowego cyrku. Pełna kulminacja i kumulacja nadchodzi wraz z „Lawnmower” – ich odpowiednikiem pythonowskiej „The Lumberjack Song”. Wszystko jasne, znowu jesteśmy wewnątrz snu tej dwójki pomyleńców.
Wśród typowego szaleństwa Sparks, które z każdą płytą staje się mniej wytrawne, a bardziej przystępne, znajdziemy też chwile naprawdę ujmujące. Poza hucznym „All That”, nowa płyta oferuje „Pacific Standard Time” – frapujący, nostalgiczny, folkowy w nastroju kawałek nawiązujący do strefy czasowej ich rodzinnej, pseudo-idyllicznej Kalifornii. Przy całej grotesce, takie momenty pokazują, że bracia Russell i Ron Mael noszą też w sobie nuty romantyków, chociaż wciąż pod maską magicznych kpiarzy. Ich punkt widzenia to loża szyderców z The Muppet Show, bezpieczna przystań, z której mogą nie tylko obserwować i kontemplować, ale też subtelnie i poetycko wyśmiewać świat.
Nic, co robią bracia Russell i Ron Mael nie należy brać na poważnie, „face value”. Tak naprawdę, nie mamy pewności, czy oni w ogóle są braćmi. Ta dwójka to zagadka, tak jak The Residents, bawią się ze słuchaczem w teatr synth-popu, awangardy, wodewilu i art-rocka. W ich muzyce jest tyle Talking Heads, co Bryana Ferry; tyle Franka Zappy, co Pet Shop Boys. I pomimo iż są w wieku The Rolling Stones, to nadal tworzą z pełnym zapałem, ciesząc się sławą niszowych ikon; lub też, artystów, o których nikt nigdy nie słyszał. Z jakichś powodów, są magnetyczni – i tak jak przekonuje piosenka „One For the Ages” – pozostają w wyobraźni tych bardziej kreatywnych spośród nas na bardzo długo.
