Spięty - Full H.D.

Mistrz słowa wraca zaskakując refleksjami ostrymi jak obraz w 1080p. Najwyraźniej w polskiej muzyce popularnej istnieje elitarna przestrzeń dla artystów myślących wielowymiarowo. „Full H.D.”, czwarty album Huberta Dobaczewskiego brzmi jak panoramiczny esej o człowieku i jak na rozdzielczość wskazaną w tytule przystało jest wyraźny, bezlitosny i momentami klinicznie precyzyjny. Autor tytułem daje znać że jest tu obecny w stu procentach i od pierwszej sekundy tej pociągającej randki udowadnia, że tak jest.
Otwierający „Serconośny” ustawia perspektywę: błyskotliwa gra skojarzeń, groteskowa autoanaliza i charakterystyczny dla autora balans między powagą a żartem. Zestawienie motywów religijnych z refleksją o sztucznej inteligencji nie jest tanią prowokacją. To po prostu śmiała diagnoza współczesnej duchowości. Człowiek nadal chce rozmawiać z absolutem, tylko zmienił medium. Ogromny punkt za trafną obserwację .
„Zapalenie przedrostka” to z kolei majstersztyk lingwistycznej satyry. Spięty bierze na warsztat jedno krótkie „nie” i pokazuje, jak potrafi ono zainfekować całe życie. Tekst brzmi jak manifest przeciwko mentalności negacji. Manifest inteligentny i dość kąśliwy.
„Stan podgorączkowy sobotniej nocy” pulsuje rytmem, który wręcz zmusza ciało do ruchu, jednocześnie podsuwając przewrotną myśl: nadmiar myślenia bywa przeszkodą w byciu szczęśliwym. W „Atrapie łajdaka” akordeonowe frazy budują paryski klimat, a historia o fantazjach balansuje między komizmem a czułością. To utwór o ludzkiej naturze, nieidealnej, ale autentycznej. Spięty nie moralizuje, puszcza flirciarskie oko. Pożądaniem ujmuje też "Zaprószenie do Ognia", które brzmi jak namiętność świeżo upieczonych kochanków. Tutaj faktycznie się pali.
„Najstarszy chłopczyk świata” to perełka autoironii — portret człowieka, który dojrzewa powoli i wcale się tego nie wstydzi. Spięty daje mocną radę: "Tak dojrzewać by się nie bać stwardnieć gdzie trzeba. Tak dojrzeć by zmięknąć umieć gdzie twardnieć masz odwagę nie chcieć".
Finałowe „Samowolne opuszczenie ciała” zamyka album refleksją nad śmiercią, lecz bez patosu. Raczej z filozoficznym spokojem kogoś, kto traktuje przemijanie jak kolejny etap rozmowy ze światem.
Najmocniejszą stroną płyty pozostaje jednak umiejętność zadawania pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi. „Naukowcy wciąż nie wiedzą” i „Język płocki” brzmią jak liryczne traktaty o granicach poznania, wierze i ludzkiej potrzebie sensu. W tych momentach słychać echa dawnej pracy artysty z Lao Che, ale „Full H.D.” jest zdecydowanie bardziej osobiste, wręcz intymne.
Teksty z płyty "Full H.D." aż proszą się o pomniki słowa w postaci murali. Spięty ma w końcu rzadki dar tworzenia wersów jednocześnie literackich i ulicznych, właśnie takich, które zatrzymują przechodnia i zmuszają go do myślenia. Choć z drugiej strony „Myślenie jest w cenie, ale to czasem G warte zarazem, bo przez myślenie to całe zamiast być bywałem”.
Całość to dzieło obłędnie błyskotliwe nie tylko tekstowo ale także na poziomie instrumentalnym. Inspiracje tańcem w warstwie dźwiękowej — od bolera po funk — działają jak idealny kontrapunkt dla refleksyjnych tekstów. "Full H.D". to album dla słuchaczy, którzy w muzyce obok melodii oczekują intelektualnego dialogu. Mocna pozycja w nowej polskiej muzyce.
EWELINA MAREK



