Steven Wilson - The Harmony Codex

"The Harmony Codex" to już siódmy solowy album Stevena Wilsona. Płyta powstała z udziałem całej plejady znakomitych gości.
Quentin Tarantino powiedział kiedyś, że „kradnie z każdego filmu, jaki istnieje”. Ten, kto zna jego twórczość ten wie, że owa ‘kradzież’ to hołd dla kinematografii, służący dobru kultury, a nie próbie wykorzystania cudzej własności. Z kolei Steven Wilson powiedział, analogicznie, że „każdy muzyk zaczyna od kradzieży”. Szeroki dorobek Wilsona usiany jest ‘kradzieżami’; jednakże, podobnie jak Tarantino, Wilson czyni to nie dla korzyści monetarnych, lecz w wyższym celu – dla ewolucji muzyki, rozwoju kultury, przekazywania pochodni i rewitalizacji istniejących pomysłów. Na dodatek jego świat twórczy jest już tak rozległy, że nadeszła pora gdy Wilson zaczął wreszcie czerpać… z samego siebie.
Wilson zabrał się za muzykę, aby dać ujście swoim fascynacjom – od dźwięku i słów, przez produkcję, po okładkę, tytuły i pseudonimy. Jego twórczość szybko zaczęła przypominać strukturę macierzową, połączoną zależnościami personalnymi oraz bilansem różnic i podobieństw. Każdy z pomysłów urósł do rozmiarów odrębnej mini-kariery, systemu kolorowych sześcianów, z którego nasz bohater czerpał do woli, w zależności od humoru czy inspiracji. Porcupine Tree, No-Man, Blackfield, Bass Communion, Continuum, Storm Corrosion, I.E.M., i wreszcie Steven Wilson solo – te wszystkie sześciany kręcą się w głowie jednego człowieka, tworząc wielofunkcyjny katalizator jego obsesyjnej miłości do muzyki.
Jedno przesłuchanie "The Harmony Codex" wystarczy, aby rozpoznać w nim nie tylko postępujące inspiracje z zewnątrz – „Rock Bottom” to wypisz-wymaluj „Don’t Give Up” Petera Gabriela – ale też czerpanie z owego systemu własnych obliczy. Każdy numer pochodzi z innego sześcianu, które jak widać na okładce ułożyły się w zgrabną figurę. O ile każda poprzednia płyta solowa Wilsona miała pewien konkretny motyw i ideę, o tyle w "The Harmony Codex" Wilson po raz pierwszy ‘wrzucił na luz’ – i nagrał po prostu to, co zebrało mu się w notesie, bez ubierania tego w długie suity (Grace For Drowning), rock-opery (Hand Cannot Erase), czy doświadczenia z nowoczesnością (The Future Bites).
Wilson jest fascynującym artystą, nawet jeśli jego ongiś wycofaną ekspresję sceniczną zastąpiło mile łaskotane sukcesami zawodowymi i osobistymi ego. Obserwowanie jego ewolucji to doskonały serial, a "The Harmony Codex" to kolejny udany epizod, który nie wiadomo, kiedy powstał. Nie całkiem opadł kurz po" The Future Bites", po czym mieliśmy huczne "Closure/Continuation", a do tego regularne zlecenia od innych artystów, którzy chętnie wręczają Wilsonowi swój materiał do obróbki. Owa tytaniczna praca i niezaspokojony głód twórczy dają słuchaczom kolejną układankę do rozsupłania, podziwiania i wielokrotnego odsłuchiwania w poszukiwaniu ukrytych szczegółów i smaczków.
"The Harmony Codex" to popis dynastii krewnych i znajomych królika, wśród których znajdziemy Theo Travisa (który dopiero co nagrał z Soft Machine fascynujący album), uwielbianą przez izraelskie tabloidy Ninet Tayeb, oraz niezastąpionego Nick Beggsa i Adama Holzmana (patrz ‘wakemanowskie’ solo w „Impossible Tightrope”). Do tego wybitni goście, tacy jak Nils Petter Molvær, Pat Mastelotto, Guy Pratt, Jack Dangers i Jason Cooper, z których każdy dorzucił fragment fascynującej układanki. Ten malowniczy surowiec, pieczołowicie sklejony w całość, brzmi witalnie, świeżo i wciągająco. To płyta bezpretensjonalna, nie obarczona oczekiwaniami czy presją coraz wyżej zawieszanej poprzeczki.
"The Harmony Codex" nie jest płytą koncepcyjną, więc łatwo jest wyróżnić kilka tytułów: najlepsze na płycie „Impossible Tightrope”, które jest wykorzystaniem prog-rockowego doświadczenia Wilsona i nawiązaniem do "Grace For Drowning" i "Raven". Dalej, tajemniczy utwór tytułowy, z deklamacją żony Stevena, Rotem. Dalej, nowoczesne „Actual Brutal Facts”, romantyczne „Rock Bottom”, ponury „Beautiful Scarecrow” czy niezwykłe, wielowymiarowe „Inclination”. Cała płyta brzmi tak, jakby przyświecały jej wszystkie inspiracje Wilsona – od Pink Floyd i Yes, przez Talk Talk i Tears For Fears, po eksperymenty z taśmą, mikrofonem… i samym sobą. Kolejny triumf tego artysty, na kilku poziomach.
JAKUB OŚLAK



