Swervedriver – The World's Fair EP

Wiecznie niszowi przedstawiciele nurtu shoegaze powracają ze świeżą EP-ką, którą możemy uznać za oficjalną zapowiedź oczekiwanego od kilku lat nowego albumu.
Shoegaze przeżywa od kilku lat swój renesans. Wynaleziony na przełomie lat 80 i 90, był uwielbianą niszą, z której usiłowano uczynić globalne zjawisko. Eksplozja muzyki grunge w tym samym okresie dawała wielkim wytwórniom do myślenia. Ich dyktat do spółki z MTV był wówczas niepodważalny, i to oni decydowali, czego słucha się, a czego nie. Dlatego też, gdy tylko w Anglii zaczęło się dziać coś podobnego, postanowiły zaszczepić to reszcie świata.
Tak jak nie ma jednego grunge, tak nie ma też jednego shoegaze. Te nielubiane przez artystów łatki oznaczają nie tylko sam styl, co pewien czas. Nawet trzy zespoły będące synonimem tego stylu – My Bloody Valentine, Slowdive i Ride – brzmią od siebie nawzajem inaczej. Wspólnym mianownikiem są przetworzone do granic bólu ściany gitar i nieśmiałe, lekko schowane wokale. To narzędzia, które poszczególne zespoły wykorzystywały w rozmaitych kierunkach. Wśród nich był także Swervedriver, ekipa z Oksfordu, której losy są wręcz podręcznikowe dla shoegaze.
Podobnie jak Slowdive czy Lush, Swervedriver w ciągu kilku lat przeszli ścieżkę zdrowia – od odkrycia przez Johna Peela, przez błyskawiczny kontrakt z Creation i opiekę Alana Mouldera, po ciągłą rotację członków zespołu, nieustanną presję wytwórni, straty i brak pieniędzy, i nieunikniony rozpad. W tym czasie zdążyli jednak nagrać kilka świetnych albumów, z których największe uznanie po latach zdobyły te, które po wydaniu okazały się komercyjnymi porażkami. Ów czas nie tolerował porażek; dlatego też shoegaze zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Po latach, w innej rzeczywistości i atmosferze muzycznej, zespoły te zaczęto odkrywać na nowo. Sygnałem była premiera płyty „MBV” My Bloody Valentine. Zaraz po nich przyszła reanimacja Slowdive, którzy po dziś dzień przeżywają najlepsze lata kariery, a ich trasy koncertowe są wyprzedane na pniu. Działa też Ride, na chwilę wrócili także Lush, a wnikliwi fani eksplorują dorobek Pale Saints, Chapterhouse czy Curve. Wśród nich znaleźli się także Swervedriver, którzy stopniowo powrócili do czynnej działalności zachęceni przez liczne głosy wiernych fanów.
Ekipa Adama Franklina i Jimmy’ego Hartridge’a nigdy nie nagrała dwóch takich samych płyt. Ilość wpływów i inspiracji, jaką transmitują w swojej muzyce, jest zbyt wysoka, aby zmieścić ją na jednym albumie i wtłoczyć do szuflady. Puryści twierdzą wręcz, że stricte shoegaze to ich dwa pierwsze krążki; ale już od trzeciego, niedocenionego arcydzieła „Ejector Seat Reservation”, zespół podążył w innych kierunkach. W ich brzmieniu słychać elementy rocka lat 60, amerykańskiej alternatywy w stylu Sonic Youth czy Dinosaur Jr., a także grunge i britpop.
A teraz Swervedriver powracają z zupełnie nową EP-ką. Od kiedy reaktywowali się na dobre w 2013 r., zdążyli nagrać dwa nowe longplaye – „I Wasn't Born to Lose You” i „Future Ruins” – i nowa EP-ka jest kontynuacją tego trendu. To nie jest ten sam Swervedriver, który pamiętamy z uwielbianego, debiutanckiego „Raise”; ich brzmienie w naturalny sposób uległo przemianie, ale przemiany są u nich na porządku dziennym. Ich sound zmienia się także wraz ze składem, a ten obecny jest oczywiście inny od tego początkowego, środkowego, jak i tego tuż przed rozpadem.
Obecnie w Swervedriver gra na basie Mick Jones z Supergrass i na pewno ma to wpływ na ich brzmienie. Zespół jest dynamiczny, szybszy, rytmiczny, z werwą i przebojowością. Można dyskutować, czy skłaniając się ku krótszym, zwartym kompozycjom zespół nie traci na swojej tożsamości? Już wcześniej byli oskarżani o czerpanie z Oasis, a obecnie z Foo Fighters, zarówno w manierze wokalnej, jak i ‘piosenkowości’; ale to nadal oni odpowiadają za takie numery jak „Never Lose That Feeling”, oparte się na tripie na który stać jest tylko nieujarzmione wyobraźnie.
To wszystko to tylko kontekst i didaskalia, które zmierzają do prostego przekazu – „The World's Fair” i całe obecne Swervedriver brzmią świetnie. Najbliżej im do ich oksfordzkich ziomków z Ride, dzięki którym ich demo trafiło w ręce Alana McGee z Creation. Jest po angielsku piosenkowo, ale także po amerykańsku duszno i powolnie (Swervedriver nigdy nie kryli, że w USA upatrują największych źródeł swoich inspiracji). Są tu zarówno miłe dla uszu echa Supergrass i Ride, jak i bardziej hałaśliwe, pełzające Hüsker Dü i Black Rebel Motorcycle Club.
„The World's Fair” jest sygnałem życia od zespołu. Pamiętajmy, że ich ostatni pełnoprawny longplay ukazał się jeszcze przed covidem, bo ubiegłoroczną kompilację niewydanych nagrań uznaję wyłącznie za dziwaczną ciekawostkę tylko dla fanów. „The World's Fair” brzmi znajomo i przyjemnie, a jednocześnie witalnie i świeżo. Nic tu nas nie zaskoczy, bo to w końcu tylko kwadrans muzyki, ale najważniejszy jest przekaz – jesteśmy, pracujemy, nie zapominamy o zespole i muzyce, która w obecnym czasie wypada lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Czy „The World's Fair” zapowiada kolejny album, czy jest tylko swobodną EP-ką, jakich zespół w przeszłości wydał mnóstwo? Trudno powiedzieć z całą pewnością. Sednem tej płyty jest to, co słychać tu i teraz, bez oglądania się na przeszłość, jak i kalkulowania przyszłości. Zgadzam się, że jest ona bardziej poukładana i grzeczna w porównaniu do zawijasów, z jakich słyną ich albumy. Ale czyż nie taka jest rola EP-ki, aby w przeciągu kwadransa dać znać fanom zespołu, że ponownie coś jest na rzeczy – i że mogą w niedługim czasie spodziewać grubszej ryby?
JAKUB OŚLAK
