Tears For Fears - Songs For A Nervous Planet

RecenzjaTears For FearsUniversal Music Polska2024
Tears For Fears - Songs For A Nervous Planet

Tears For Fears kontynuują dobrą passę od kiedy dwa lata temu wydali nowy, wyczekiwany album "The Tipping Point". Był on na tyle udany, że zespół ogłosił długą serię koncertów, przede wszystkim w USA, które od lat są ich domem, ale także na starych śmieciach w UK. A teraz szykują się do rezydencji w Las Vegas. Aby zachęcić fanów do sprawdzenia w jakiej formie są na żywo, TFF nakręcili rozpowszechniany na całym świecie film, a teraz wydali album koncertowy.

"Songs For A Nervous Planet" to pierwszy w karierze TFF album ‘live’. Dlaczego dopiero teraz? Przypuszczam, że w okresie ich najwyższej popularności koncerty nie odbiegały od wykonań studyjnych. W latach 80. wytwórnie stawiały na zysk ze sprzedaży płyt, którą nakręcały przeboje. Muzyka pop rodziła ponadczasowe hity, ale często mierne albumy. TFF to zarówno wielkie przeboje, jak i wielkie albumy. Ale ich siła ‘live’ była dla mnie do tej pory wielką niewiadomą.

Zespoły kojarzone z brzmieniem lat 80. nie wydawały albumów ‘live’. Ewenementem były "Live in the City of Light" Simple Minds oraz "101" Depeche Mode, które pokazywały siłę tych zespołów. Dla porównania, a-ha wydali swój pierwszy ‘live’ dopiero na początku XXI wieku; Pet Shop Boys w 2006 (wcześniejsze były tylko w formie video), a O.M.D. w 2008. Z kolei koncertową "Arenę" Duran Duran, wydaną w 1984, spotkała krytyka za bycie spreparowaną w post-produkcji.

Nie dziwi zatem fakt, że Tears For Fears opierali się temu pomysłowi. A po drodze zmieniły się także czasy – z płyt przenieśliśmy uwagę na koncerty, jako główny produkt muzyczny. Renesans winyli dotyczy pasjonatów, ale na koncerty chodzą całe rodziny. "Songs For A Nervous Planet" pokazuje, że TFF, zespół-ikona lat 80., nie odcina kuponów od dawnej sławy, lecz podchodzi do spraw na tyle poważnie, aby przestać być kojarzonym tylko z jedną dekadą w historii muzyki.

"Songs For A Nervous Planet" otwiera się premierowym materiałem studyjnym, który w mojej ocenie jest generyczny, tak jak okładka. W taki sposób brzmią gwiazdy muzyki synth-pop lat 80., usiłujące przywołać to brzmienie współcześnie. Te piosenki powinny trafić na bonus disc do "The Tipping Point". Brakuje im tej głębi i duszy, z jaką typowo kojarzę muzykę TFF, klimatu melancholii i euforyczności. Chociaż „Astronaut” da się lubić i można ewentualnie uratować z tego zestawu.

Co innego czeka nas w głównej części albumu. To zapis występu we Franklin, Tennessee podczas ubiegłorocznej części trasy. Może chodzi o politykę tego stanu, o czym wspomina Roland? A może tam publiczność najlepiej zaśpiewała „Shout”, podobnie jak „Everything Counts” na 101? Grunt, że materiał live brzmi doskonale i stanowi odświeżenie przebojów, oraz dobrą platformę do symbiozy z nowym albumem. To przede wszystkim manifest tożsamości TFF.

Do siły przebojów tego zespołu nie trzeba mnie przekonywać. „Everybody Wants to Rule the World” czy “Sowing the Seeds of Love” to hymny swoich epok, obrazujące ewolucję TFF, od synth-popu do bardziej złożonych form. Nie jestem fanem debiutanckiego "The Hurting"; uważam, że „Pale Shelter” czy „Change” mocno się postarzały. Ale w aranżacji koncertowej nawet one brzmią porywająco. Wystarczy posłuchać aplauzu publiczności, która nigdy się nie myli.

Koncert to egzamin nowego materiału i "The Tipping Point" zdaje go celująco. Tytułowe „The Tipping Point”, „Long, Long, Long Time”, oraz oczywiście „Rivers of Mercy” świetnie współgrają z resztą. To 100% TFF, ze wszystkimi znakami jakości. To samo dotyczy mniej popularnych numerów, które zespół zdecydował się przypomnieć, takich jak „Secret World” czy „Suffer the Children”. Co tu dużo mówić – TFF nie mają słabych numerów. Może poza tymi najnowszymi.

Zobaczenie TFF na żywo pozostaje moim największym marzeniem koncertowym. Pomimo siwizny i perturbacji życiowych Roland i Curt przeżywają renesans popularności. Z ich seta bije witalność, dusza i głębia. Warto podkreślić, że TFF na żywo to także Charlton Pettus na gitarze, Doug Petty na klawiszach, Jamie Wollam na bębnach, oraz wokalistki Jasmine Mullen, Janae Sims i Lauren Evans (która doskonale oddaje partie Oletty Adams w „Woman in Chains”).

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały