The Afghan Whigs - How Do You Burn?

"How Do You Burn?" to już dziewiąte studyjne dzieło Grega Dulliego i jego kolegów. "(...) to doskonały towarzysz codziennej podróży, gdy tylko trzeba iść i stawiać czoła niewdzięcznemu światu, gdziekolwiek nas zaprowadzi" - jak napisał nasz recenzent Jakub Oślak w tekście, który możecie przeczytać poniżej.
Sporo czasu zajęło mi mocowanie się z nowym albumem The Afghan Whigs, How Do You Burn? Tak samo zresztą było przy ich poprzednim LP, wydanym w innym czasie i świecie – In Spades. Muzyka Afghanów nigdy nie była oczywista, jednoznaczna, łatwa w obsłudze. Być może dlatego nigdy nie odnieśli komercyjnego sukcesu, a ‘jedynie’ zaskarbili miłość i poświęcenie wybranych, oddanych fanów, a nie mas. Teraz też trudno jest ich muzykę ogarnąć, ugryźć, nazwać, okiełznać. Tym razem jednak słychać wyraźnie, że mamy do czynienia z bezdyskusyjną petardą. Pytanie tylko, czy ‘dzisiejsi’ Afghani już przebili tych starych, czy potrzebują jeszcze trochę czasu? Czy do Gentlemen, Black Love i 1965 jeszcze trochę im brakuje, czy też How Do You Burn? jest na tyle silnym argumentem, aby zacząć brać obecne wydanie tego zespołu bez cienia sceptycyzmu, do którego mamy tendencję? Ja nie mam wątpliwości, że jest to najlepszy album, jaki Afghani ukazali od czasu ich dzieł z lat 90.
Gdy Greg Dulli wydał swój solowy krążek dwa lata temu, nasza rzeczywistość również była inna. Wówczas dominował duch lockdownowej ciszy i próby przedarcia się przez nią muzyki w formie akustycznej, balladowej, odartej z ozdób, ale za to pełnej szczerości i otuchy. Dwa lata później – dostajemy coś diametralnie innego. Od pierwszego numeru wszystko co słyszymy ustawione jest na ekspansywność, uderzenie, dynamikę i zagniewaną swobodę. Dulli i jego załoga uwalnia pokłady energii, jakie zalegały w nich przez ten cały czas. I nie chodzi tylko o czad, hałas i rock’n’roll, jaki słychać chociażby w otwierającym numerze „I'll Make You See God”; mówimy tu o całej kreatywnej pirotechnice, jaka odpaliła im w rękach, a której wystrzały, trzaski i dym unoszą się na całym krążku. Każdy z tych numerów to złoto, wystarczy posłuchać „Take Me There” czy „In Flames”, a zaraz przed nimi, z zupełnie innej, ale tożsamej beczki „Please, Baby, Please”, no i rzecz jasna „Jyja”.
Siła tego albumu tkwi w jego różnorodności, a jednocześnie kompatybilności. Słychać, że mamy do czynienia z przemyślaną całością, która pomimo zakradania się do wielu meandrów rockowego rzemiosła pozostaje symbiotyczną, zwartą konstrukcją o niezwykłym cieple i magnetyzmie. To dobry przykład płyty, która cieszy mnie jako słuchacza, ponieważ słyszę, że zespołowi dobrze ona wyszła. Od zawsze należałem do przyjaźnie nastawionych The Afghan Whigs sceptyków, którzy nie do końca kupują czary-mary Grega Dulli, pomimo wulkanu energii, jaki ów odpala na scenie na żywo. Tutaj sprawa jest jasna – zespół uruchomił twórcze i wykonawcze doładowanie, wszystko się zgadza, nie ma dziwactw, nie ma jęczenia, przestojów, wypełniaczy i powtarzalności tematycznej. A jeszcze opatrzona tą mroczno-ciepłą, zagadkową okładką, How Do You Burn? ma spore szanse pozostać z nami na dłużej, jako jedna z tych rzeczy, którą pamięta się przede wszystkim emocjonalnie.
Wymieniłem nazwisko Grega Dulli jako oczywistego frontmana Afghanów, ale niesprawiedliwie byłoby nie ukazać składu personalnego, jaki stoi za tą płytą. Wśród gości występują, między innymi, Ed Harcourt, Bo Koster (My Morning Jacket), oraz Kevin Ratterman (Strand of Oaks), a także Mark Lanegan (to jedna z jego ostatnich rzeczy, jakie nagrał przed śmiercią). Wśród członków zespołu słychać nadal Jona Skibica (rok temu zastąpił go Christopher Thorn), oraz rzecz jasna ‘nowych’ Afghanów, czyli Patricka Keelera i Ricka Nelsona. Ramię w ramię z Dullim, od początku do końca, siłą napędową tej torpedy pozostaje John Curley. Dzięki tej płycie udało im się na nowo rozpisać ten zespół, w pokręconych, otumaniających, niełatwych czasach; a jednocześnie, zapisać się w historii muzyki jedną z najlepszych płyt roku 2022. How Do You Burn? to doskonały towarzysz codziennej podróży, gdy tylko trzeba iść i stawiać czoła niewdzięcznemu światu, gdziekolwiek nas zaprowadzi.




