Big Thief - Double Infinity

Dokładnie rok po odejściu Maxa Oleartchika z zespołu, Big Thief powracają z nowym albumem na którym prezentują swoje odświeżone brzmienie w zupełnie nowym wydaniu.
The Big Thief - Double Infinity
Kiedy kluczowy zawodnik opuszcza zespół muzyczny, może nastąpić całkowity jego rozpad – lub przegrupowanie. Big Thief nie istniałoby, gdyby odeszła Adrianne Lenker – takie to już utrapienie z charyzmatycznymi wokalistami. Natomiast gdy odchodzi basista – w tym przypadku Max Oleartchik – sprawa jest najczęściej do uratowania. Max zdecydował się rozstać z Big Thief rok temu, podając powody osobiste – i tak to zostawmy. Grunt, że opuścił ekipę w ich kreatywnym szczycie; nie dość, że Big Thief szybko odnaleźli swoją tożsamość muzyczną („Capacity”), to jeszcze zdążyli ją wzbogacić i redefiniować (covidowy „Dragon New Warm Mountain I Believe in You”). W obliczu kolejnej próby udało im się ponownie przekuć problem w okazję do rozwoju.
Nie dziwi mnie wcale, że po pierwszych dwóch płytach zespołem zainteresowali się ludzie z 4AD. Możemy dyskutować, czy ta kultowa wytwórnia to nadal symbol niezależności w muzyce, czy już tylko marka – ale jedno jest pewne: wydawnictwa 4AD do dziś nie schodzą poniżej pewnego poziomu, a także zachowują spójność tożsamości. Głos i osobowość Adrianne Lenker to gwarancja zgodności z wartościami jakimi od dekad hołduje 4AD; a ich przepis na muzyczny koktajl oparty na folku i indie rocku, śmiało cytujący shoegaze, psychodelię i eksperymenty, to bezpośrednie dziedzictwo wielu wychowanków tego labelu. Ich nowy album to test do jakiego stopnia zmiana w szeregach zespołu wpłynęła na jego tożsamość i dojrzałe już brzmienie.
Cały sens „Double Infinity” zawarty jest w jego tytule. To taka płyta, jakiej moglibyśmy się spodziewać po zespole na rozstaju dróg. W grę wchodził powrót do bardziej melodyjnych, popowych brzmień jakie pamiętamy z „Capacity”, jak i dalszy kurs na eksperyment graniczący z awangardą, jakim zespół zaskoczył na „Dragon…”. W mojej ocenie obie te sroki zostały schwytane razem i wzbogacone czymś ekstra. To typowe zjawisko dla albumów granicznych, przejściowych, wyznaczających koniec pewnej epoki i początek nowej. Zespół nagrywał to w trójkę, bez nominalnego basisty, za to w towarzystwie aż 16 muzyków towarzyszących, co sprawia, że w swoim brzmieniu „Double Infinity” jest czymś absolutnie wyjątkowym.
Big Thief na nowej płycie wyraźnie nawiązuje do alternatywno/folk/rockowych brzmień przełomu lat 80 i 90. Słuchając „Double Infinity”, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, przychodzą mi na myśl takie numery jak „What I Am” Edie Brickell & New Bohemians, „Here’s Where the Story Ends” The Sundays, a nawet „Linger” The Cranberries. Big Thief także nie można odmówić przebojowości – posłuchajcie chociażby utworu „No Fear” czy „All Night All Day”. Oczywiście nie jest to przebojowość nastawiona na podbój fal radiowych – te czasy już dawno za nami – lecz bardziej ludzkich serc. „Double Infinity” przede wszystkim zapisuje się w pamięci słuchaczy i każe do siebie po wielokroć wracać, celem sprawdzenia, czy to aby mi się tylko nie przyśniło?
Big Thief oczarowują pewnym mistycyzmem i poetyką, niebagatelnymi rozwiązaniami brzmieniowymi i specyficzną osobowością muzycznego kolektywu. Ich brzmienie jest świeże, harmonijne, natchnione, pełne warstw i szczegółów, a jednocześnie wciąż odrobinę surowe, pozytywnie naiwnie. Nade wszystko, w ich stylu drzemie pewna prawdziwość, jakże zgodna z ich alternatywną, bohemiczną, eskapistyczną tożsamością. Są antytezą jakiejkolwiek kreacji czy inżynierii, a ich magnetyzm skupiający coraz więcej słuchaczy pochodzi właśnie od tej wiarygodności, zgodności słów, czynów i dźwięków. Jestem pewien, że „Double Infinity” jedynie pomoże scementować ich status jako coraz jaśniejszych gwiazd współczesnej alternatywy.
JAKUB OŚLAK
