The Boxer Rebellion - Ocean By Ocean

Jakub Oślak zrecenzował nowy album grupy The Boxer Rebellion zatytułowany "Ocean by Ocean".
Ich muzykę można usłyszeć w niezliczonych produkcjach telewizyjnych; jednakże, do albumów nie mieli do tej pory szczęścia. „Ocean by Ocean”, piąty długogrający krążek sympatycznych Anglików i jednego Amerykanina, ma jednak wszystko co potrzebne, aby to zmienić. To przebojowa, ale i frapująca muzyka, którą z braku lepszego określenia nazywam urban-rockiem: gitarowym brzmieniem stworzonym przez miejskich wędrowców dla sobie podobnych, rozdartych dusz.
Żadna z poprzednich płyt The Boxer Rebellion nie brzmiała tak wielobarwnie jak „Ocean by Ocean”. Ich sposób na siebie to gitarowe indie w stylu Interpol czy The Killers, ale w idealnej symbiozie z pierwiastkiem elektronicznym, który można podziwiać już od pierwszych dźwięków albumu. Otwierające płytę „Weapon” dysponuje niezwykle witalnym, wręcz tanecznym potencjałem i ciężko uwierzyć, że został on skomponowany przez ten sam zespół, co choćby „Watermelon”.
A to tylko początek rewelacji. „Firework” czy „Big Ideas” to idealne numery do rowerowej penetracji miejskich molochów, ucieczki slalomem od niewidocznych pól siłowych i wyniszczającego hałasu. To brzmienie, które w mojej ocenie idealnie oddaje stan ducha współczesności – rozerwanej pomiędzy możliwościami technologicznymi, a pastoralnym eskapizmem. To jakże festiwalowe granie – świetne do relaksu i radości w blasku słońca, jak i otuchy podczas tułaczki chłodną, ciemną drogą do domu.
Komu polecić ten krążek? Z całą pewnością ucieszą się sympatycy brodatego indie-rocka typu Kings of Leon, jak i bardziej niszowych, intymnych historii takich jak Mighty Oaks lub The War on Drugs. To płyta jakże dojrzała, której twórcy są świadomi czasoprzestrzeni w której istnieją. To refleksja nad snem i rzeczywistością, spełnianiem marzeń oraz odnajdywaniem sensu w codziennej wędrówce. Tak brzmi czas, w którym żyjemy i tak brzmią dusze tych, który ten czas tworzą.



