The Breeders - Last Splash (30th Anniversary Edition)

"Last Splash" obchodzi 30 urodziny – i z tej okazji otrzymał nie lada prezent w postaci kompletnego remasteringu u podstaw w samym Abbey Road.
To bynajmniej nie pierwsza reedycja jubileuszowa tego wspaniałego albumu; 20- i 25-lecie również zostały uczczone w podobny sposób. Aczkolwiek, całkowite odświeżenie brzmienia i to w tak legendarnym miejscu zasługuje na osobną wzmiankę. Album rzecz jasna brzmiał genialnie wtedy – czyli we wczesnych latach 90. – jak i teraz, w zupełnie innej rzeczywistości. No i bez problemu przetrwa kolejnych 30 lat w świeżości, jak zresztą przewiduje inżynier dźwięku Abbey Road w tradycyjnej inskrypcji na matrycy winylowego wydania tej edycji. Jak zatem brzmi to dosyć nieoczekiwane dzieło amerykańskiej alternatywy, w innym świecie i miejscu? Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, co potrafi zrobić z klasycznym albumem porządny remastering. W tamtych czasach, gdy MTV tłoczyło nam przekaz do głów, a wytwórnie prześcigały się w próbach odkrycia kolejnej Nirvany, mało kto dbał o to, jakiej jakości były dźwięki które rozpychały nasze zakupione za niemałe pieniądze kompakty. A w Polsce jak wiemy, to już w ogóle – tylko kaseta i już, najlepiej przegrywana od sąsiada. Jakość dźwięku nie miała wtedy znaczenia, tak jak nie miało znaczenia, czy dżinsy które noszę były kupione od nowości, czy używane. Albumy trwały za długo, gdyż wypełniano nimi format CD. Na szczęście Last Splash to nie dotyczy i nawet na urodzinowe wydanie dołożono mu raptem jeden bonus track – ale za to jaki! – w wykonaniu samego J Mascisa.
Warto przypomnieć, kim w ogóle są The Breeders. To ‘skrzyknięty’ zespół, który z założenia miał być projektem pobocznym dla grającej w Pixies Kim Deal i jej przyjaciółek po fachu z innych zespołów. Ich pierwszy album Pod nie wzbudził większego zachwytu (chociaż po latach doczekał się uznania) i zespół opuściła współtworząca go na początku Tanya Donelly (ona nie zagrzewa zbyt długo miejsca w zespołach, które zakłada). Zastąpiła ją siostra-bliźniaczka Kim imieniem Kelley i po trzech latach, w przeżywającej wówczas sejsmiczny okres światowej scenie alternatywnej wydały one album Last Splash, który natychmiast stał się hitem. A konkretniej, był nim pilotujący go singiel „Cannonball”, który zapewnił albumowi platynę, stał się dżinglem MTV, oraz jednym z hymnów tamtej epoki.
Na wielkim przeboju album rzecz jasna nie kończy się, aczkolwiek, jest to zdecydowana gwiazda w drużynie mniej znanych zawodników. Tym bardziej jubileuszowe wydanie Last Splash jest dobrą okazją, aby usłyszeć, być może po raz pierwszy, takie numery jak „Invisible Man”, „Mad Lucas”, „No Aloha” czy „Divine Hammer”. To właśnie ten ostatni przypadł w udziale J Mascisowi, który po koleżeńsku nagrał i zaśpiewał całość zupełnie od nowa, co można usłyszeć tylko na tej edycji. Cała reszta płyty nie straciła nic ze swojej świeżości, a zaryzykowałbym stwierdzenie, że dopiero perspektywa czasu pokazuje, jak bardzo wyprzedził on swoje czasy. To dzięki tej płycie i całemu ‘tumiwiszącemu’ stylowi The Breeders mówimy dziś o takich zespołach jak Warpaint czy Los Bitchos,
Po 30 latach płyta nadal urzeka swoim ‘szkicowym’ pomysłem na siebie. Większość numerów brzmi jak demo czy niedokończona sesja; ale razem, bez wyraźnych granic między sobą, tworzą urzekającą całość. Słychać tu wpływy ‘niegrzecznej’ strony lat 60., psychodelii, garażu i surfu, alternatywnych trendów, takich jak shoegaze czy indie rock, ale także tego, co po latach zostanie nazwane power pop. To także manifest niezależności i siły zespołów rockowych tworzonych wyłącznie lub głównie przez kobiety, co w tamtych czasach było powoli mijającą rzadkością. Wreszcie, to owoc trendów, które wówczas panowały na świecie, a które w krótkim czasie przyniosły nam cały grunge, Red Hot Chili Peppers, Becka, R.E.M., Faith No More, Smashing Pumpkins, Jane’s Addiction i wielu innych.
JAKUB OŚLAK




