The Church - The Hypnogogue
The Church to jedna z największych w historii gwiazd australijskiego rocka. Istniejący od 43 lat zespól wydał właśnie nową płytę "The Hypnogogue".
The Church są zespołem, o którym wielu słyszało, ale nie potrafi nic zanucić, albo mylnie przypisuje im cudze piosenki. Podobnie jest z ich rówieśnikami, wywodzącymi się z ‘nowej fali’ lat 80., takimi jak New Model Army, Echo & The Bunnymen, The Psychedelic Furs, The House of Love czy The Bolshoi. Z drugiej strony, ich największy przebój „Under the Milky Way” z pomocą kultowego filmu Donnie Darko przetrwała próbę czasu i powinna wydawać się powszednim zjadaczom muzyki choć trochę znajoma – lecz już niekoniecznie kojarzona z nazwą The Church. Innymi słowy, ten czołowy przedstawiciel australijskiego rocka alternatywnego nie ma lekko ze świadomości słuchaczy, chociaż bez dłuższych przerw działa od początku lat 80. i dostarcza płyty. Tym bardziej, gdy nie są to produkcyjniaki, a ich najświeższe dzieło "The Hypnogogue" jest poruszające jak nigdy wcześniej.
To nie do wiary, że taka płyta jak "The Hypnogogue" zostanie usłyszana głównie przez wąskie grono fanów, którzy wiernie trwają przy formacji Steve’a Kilbey'a. Od początku do końca, to album wypchany niespodziankami, doskonałymi piosenkami, zwrotami akcji, graniem i śpiewaniem sobie a muzom, bez kompromisów, z oczami skierowanymi w ślepą dal. Jest wzruszające „I Think I Knew”, oraz przebojowe „C’est La Vie”. W śpiewie Kilbeya słychać patynę, którą pokrył się jego głos od czasów „Reptile”; to jest atut nowego krążka i jego indywidualna siła. Zespół nie zaklina czasu i udaje, że muzycy mają po 20 lat, a lata 80. trwają w najlepsze. Głos Steve’a jest gorzki i chropowaty, odarty ze złudzeń („Ascendence”); ale nadal jest to głos własny, który poruszy niejedno serce. Kilbey wyjątkowo dobrze się ‘starzeje’, a jego słowa wciąż trafiają w czułe miejsca otwartej duszy.
Pod kątem muzycznym także dzieją się cuda. "The Hypnogogue" to pierwsza płyta od kiedy zespół opuścił Peter Koppes, a tym samym Kilbey jest ostatnim oryginalnym członkiem The Church. W zarządzaniu kierunkiem zespołu niestrudzenie pomaga mu Tim Powles. The Church odważnie szuka nowych dźwięków, świeżych emocji, trafionych chwytów i wciągających kompozycji. Mamy melancholijne „No Other You”, gorzki numer tytułowy, kombinowane „Succulent” i beztroskie „These Coming Days”. To sprawia, że "The Hypnogogue", chociaż niełatwa i niezbyt optymistyczna, jest albumem ‘żywym’, wciągającym, witalnym, którego słucham z wypiekami na twarzy. To płyta, której rozplanowanie, brzmienie i potencjał nie jest łatwy do przewidzenia – a przez to zaskakujący. To rzecz, w obliczu której najsłynniejsza płyta The Church, czyli "Starfish", zaczyna brzmieć przestarzale.
"The Hypnogogue" jest płytą niezwykle smutną, a przez to przekonywującą. Podobnie jak największy nieznany szerzej skarb alternatywnego rocka z Australii, czyli The Go-Betweens, tak i The Church oczarowują melancholią i swoistą ‘nieprzydatnością’ muzyki do potrzeb czasu bieżącego. Takie rzeczy jak „Flickering Lights” to chandra i melancholia podawane dożylnie, bez odrobiny światła i nadziei. A mimo to, jej brzmienie krzepi i cieszy. To paradoks muzyki pozornie ‘dołującej’, która napawa optymizmem dzięki sile przekazu i prawdziwości wykonania. Tym bardziej, gdy towarzyszą jej rzeczy nowatorskie, takie jak „Antarctica”. Te dźwięki nie śpią, tylko szukają kolejnych wyjść i objawień. Sedno wrażenia, jakie pozostawi na mnie "The Hypnogogue", jest zaskoczenie i brak zachowawczości. Nie spodziewałem się takiej płyty po tych weteranach – dlatego właśnie wypada tak efektownie.

