The Divine Comedy - Foreverland

RecenzjaJakub OślakThe Divine ComedyDivine Comedy2016
The Divine Comedy - Foreverland

"Foreverland" to już 11 album studyjny w dyskografii grupy The Divine Comedy. Oto nasza recenzja tego wydawnictwa.

Neil Hannon pochodzi z Derry w Irlandii Północnej, ale estetyka jego muzyki bije w zakamarkach zblazowanego Londynu. Prowadząc The Divine Comedy przez góry i doliny show-businessu od ponad 25 lat dał się poznać jako artysta niestrudzony, wkładający w swoją muzykę tyle serca, co intelektu. Od samego początku przylgnęła do niego łatka komedianta – błazna z gitarą w tweedowej marynarce, który potrafi ułożyć zabawną piosenkę na poczekaniu o każdym i o wszystkim. Tymczasem jego aspiracje sięgają znacznie wyżej i szerzej, czego dowodem jest jego nowa, jedenasta płyta pt „Foreverland”, o pięknej, secesyjnej okładce oraz powabie bohemy na salonach.

The Divine Comedy grają muzykę pop, ale w bardzo niecodziennym, aktorskim stylu, jakże odległym od współczesnych trendów. Słuchając „Foreverland” czuję, jakbym podziwiał musical lub przedwojenny kabaret –którego bohaterowie każdą niedolę leczą zabawną piosenką. To pop bombastyczny, ekstrawertyczny, pełen autoironii i poczucia humoru. Hannon, nie gorzej niż Bryan Ferry czy Martin Fry, potrafi otoczyć się dźwiękiem i wprawić go w ruch. Każda jego piosenka to jakby osobna historia tego samego bohatera, uwikłanego w miłość i pokusy tego świata. Do tego wszystko podane z gracją, brytyjskim akcentem, ku odprężeniu serc i dusz słuchaczy – gości tego teatru.

Neil Hannon to przedstawiciel piosenkopisarstwa z czasów elegancji i erudycji, które przywoływane dziś otacza jakże lubiana woń vintage i wspomnień z kart historii. Jego styl pisarski przypomina poetów piosenki rozrywkowej, takich jak Kurt Weill, Burt Bacharach, a nade wszystko Noël Coward. Pod tym kątem „Foreverland” to prawdziwa opera za trzy grosze – pełna metafor wojny, wybuchów i takich postaci jak Napoleon, caryca Katarzyna a nawet Zsa Zsa Gabor. Hannon jest tu w swoim żywiole, krążąc od stolika do stolika ze szklaneczką ginu i mikrofonem o bardzo długim przewodzie. Polecam sympatykom zarówno Belle & Sebastian, jak i Marca Almonda, czy nawet Morrisseya.