The Freuders - Blurgot

Grupa The Freuders na swojej trzeciej płycie „Blurgot” przerzuciła się na śpiewanie po polsku oraz… trochę się pogubiła muzycznie.
Przyznaję, że poprzednie dwie płyty tego warszawskiego bandu potrafiły ująć jakąś myślą odgórną – na „7/7” i „Warrior” dali się poznać jako sprawna, gitarowo pomyślana grupa z całkiem niezłymi pomysłami. Z „Blurgotem” jest inaczej, począwszy od genezy tytułu, będącym wypadkową dwóch terminów, światów i jednostek - literackiego blurbu oraz polskiego bełkotu. Po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty zastanawiam się, czy tego drugiego nie ma na niej więcej… Album zaczyna się nieco sakralnie. Bijący dzwon i organy, które przechodzą w melodię gitarową, a wtóruje jej głęboki głos Tymona Adamczyka. To „Stan A”, który jest jeszcze w miarę poukładany, mimo kilku odmiennych rozwiązań brzmieniowych. Gorzej dzieje się dalej – znany z singla „Galeon” brzmi jak halucynacja repetującego studenta filologii polskiej, a wymęczona psychodeliczna atmosfera tego numeru kompletnie go rozmywa. „Anomalie” idą w siną dal głębiej – deklamacje Adamczyka wymieniają się tu ze śpiewem na tle chaotycznych pętli gitarowo-klawiszowych, by po niewiele ponad 90 sekundach przejść w quasi progrockową smętę, która pod koniec nawet nerwowo przyspiesza. A skoro jesteśmy przy nerwowości, to najlepszym przykładem niech będzie „Twang”, którego we względnych ryzach trzymają tylko partie perkusisty Piotra Wiśniocha. Reszta brzmi jak wycinanka różnych stanów niepokoju, do której zamiast kleju użyto octu…
Z kolei początkowo intrygujący „Riffus Chrystus” jakimś zamysłem na odcinku zgrabnych zwrotek, kompletnie rozchodzi się w wyniku powtarzanych słów: „Do jaskini zejdź” , deklamacji, a przede wszystkim sztucznego refrenu i irytującej, krzykliwej końcówki. Natomiast „Barwy Wojny” można sobie spokojnie darować, bo brzmi niczym demo, na którym panowie nie potrafili się zdecydować, z czego utwór ma się składać… Paradoksalnie najlepsze wrażenie robi kawałek „Syndrom Sztokholmski”, gdzie zespół trzyma się w miarę skutecznie jednego, obranego kierunku, opartego na niezłej figurze rytmicznej i nieco funkującym riffie. Znalazło się tu nawet miejsce na krótką solówkę gitarową. Album zamyka czwarta odsłona „Anamnesis” – kompozycji znanej już z poprzednich płyt zespołu - tu brzmieniowo nawiązującej odrobinę do części drugiej.
„Blurgot” to najsłabsza z dotychczasowych płyt The Freuders zarówno kompozytorsko, jak i wykonawczo. Brakuje jej nie tylko udanych pomysłów, ale i czytelnych punktów zaczepienia. Zmierzenie się na żywo z tym materiałem może jednak jego odbiór zupełnie zmienić, ale czy warto…?
MACIEJ MAJEWSKI




