The Jesus And Mary Chain - Glasgow Eyes

RecenzjaThe Jesus And Mary ChainFuzz Club2024
The Jesus And Mary Chain - Glasgow Eyes

Formacja braci Reid powraca z zupełnie nowym materiałem studyjnym, będącym kontynuacją renesansu ich twórczości po wielu latach niebytu.

Od kiedy wrócili do czynnego grania w roku 2007, The Jesus and Mary Chain przede wszystkim dużo koncertują (gościli w Polsce na Off Festivalu w 2014 i w Proximie w 2018), oraz okazjonalnie nagrywają. Ich poprzedni krążek "Damage And Joy", jak sam tytuł wskazuje, był ich tradycyjną mieszanką radości i zniszczenia w postaci koktajlu alternatywnej przebojowości i eksperymentalnych wynaturzeń dźwiękowych. Po siedmiu latach Jim i William postanowili ponownie zaprowadzić twórczy chaos w studiu, przynosząc krążek o dwoistej naturze, podkreślającym dwie indywidualne siły za nim stojące.

Jak opowiada sam Jim Reid, ich receptą na kreatywność jest kilka dopracowanych, gotowych do nagrania piosenek, a reszta to swoista improwizacja, twórcza swawola, która od 40 lat prowadzi ich płyty w nieznane. "Glasgow Eyes" idealnie wpisuje się w tę formułę. Z jednej strony, słychać tu kilka wyśmienitych numerów, typowo alternatywnych przebojów, gotowych na pilotowanie albumu i przykuwanie uwagi słuchaczy – „Chemical Animal”, „Jamcod”, czy „Venal Joy”. Z drugiej zaś sporo tu twórczego dokazywania, burzy pomysłów, z których wiele trafia na płytę w postaci spontanicznej, nieobrobionej, umyślnie dziwnej. To wyraźna granica pomiędzy numerami Jima, a Williama – i ich niepokornych, często powodujących spięcia osobowości.

Ten podział słychać także w warstwie wokalnej, albowiem Jim i William dzielą się na "Glasgow Eyes" głównymi partiami wokalnymi, co z jednej strony dobitnie demonstruje kontrast ich głosów i manier wokalnych, ale z drugiej urozmaica i udziwnia ten krążek. Jest to niewątpliwy efekt balansowania ich wrażliwych, często wybuchowych usposobień; nie od dziś wiadomo, że obaj walczyli w przeszłości o to, kto jest ważniejszy w zespole, podobnie zresztą jak Oasis, The Kinks czy Arcade Fire. Na "Glasgow Eyes" wydaje się, że bracia Reid odnaleźli wspólny język i styl twórczy, który z jednej strony pozwala im rozumieć się w sposób niemal telepatyczny, a z drugiej, jak głoszą legendy, wielokrotnie prowadził do wzajemnego wyrzucania się z zespołu.

"Glasgow Eyes" to świetny prezent na 40-lecie istnienia zespołu; to płyta dynamiczna, nowoczesna, odważna, bez kompleksów i manifestowania ego, a jednocześnie introspekcyjna. Teksty poszczególnych numerów są autobiograficzne, a takie kawałki jak „Second of June” są wprost śpiewaniem o sobie samym, do siebie nawzajem. Słychać jest wyraźnie, jak duży wpływ na światową scenę alternatywną ten zespół miał i cały czas ma (chociażby na styl ich nieformalnych spadkobierców Black Rebel Motorcycle Club). Nie usiłują zmieniać się na siłę, ani nie idą na łatwiznę; cały czas pozostają sobą, chociaż siwizna już dawno spopieliła ich charakterystyczne, potargane czupryny. Wszystko w duchu wiecznej niszowości i alternatywy.

Pomimo iż The Jesus and Mary Chain wciąż elektryzują, bracia Reid zachowują trzeźwość umysłu i nie usiłują na wyrost podkreślać swojego legendarnego statusu. Jak sami twierdzą, dużo z tego to mitologia, a oni są nadal skromnymi, lekko niepewnymi siebie wrażliwcami. Zamiast lukratywnego kontraktu płytowego, Glasgow Eyes zostało wydane we względnie młodym, niszowym labelu jakim jest Fuzz Club; to jedna z najlepszych niezależnych wytwórni dbająca o młode, nieznane zespoły parające się wszelkimi odmianami psychodelicznego rocka. Z kolei samo nagranie miało miejsce po domowemu, w studiu zespołu Mogwai w Glasgow, zamiast w Kalifornii czy Reykjaviku. Tyle z megalomanii rock’n’rolla i jego mitologizowania.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały