The Nefilim - Zoon (reedycja)

RecenzjaThe NefilimBeggars Banquet / Sonic Records2024
The Nefilim - Zoon (reedycja)

Pod koniec roku 2024 otrzymaliśmy remasterowaną edycję albumu „Zoon”, jednorazowego projektu Carla McCoya, który posłużył mu za pomost przez niełatwe w obejściu lata 90.

Przez lata przywykliśmy do tego, że przywilej remasteringu trafia się fonograficznym gigantom. Zawsze coś można poprawić, dołożyć jako bonus, zaangażować Stevena Wilsona do remiksu w Dolby Atmos i wydać z okazji kolejnej rocznicy albumu. To nic dziwnego, że remasterowane są katalogi Led Zeppelin, Genesis, czy Pink Floyd; ale co z płytami niszowymi, które nigdy nie osiągną takiej sprzedaży co klasyka rocka? Na całe szczęście, sprzedaż nie jest jedynym priorytetem w muzyce, a w tym przypadku jest nim chęć tchnienia w dany album nowego życia.

„Zoon” to jedyny album The Nefilim, projektu Carla McCoy’a, lidera Fields of the Nephilim. Fields rozpadli się w 1991 roku, po wydaniu trzech albumów stanowiących lekturę obowiązkową rocka gotyckiego. Od początku prezentowali bardzo oryginalny styl w tym obszarze muzyki gatunkowej, gdzie bardzo łatwo o sztampę a wręcz parodię. Nie do końca wiadomo czemu McCoy ewakuował się z zespołu (Fields po jego odejściu kontynuowali działalność pod szyldem Rubicon); ale jak zwykle w takich przypadkach możemy domniemywać „różnice artystyczne”.

Słuchając „Zoon” można domyślać się o co chodziło. To kop sprzedany zastanej formule, która pasowała do alternatywnych lat 80., ale która z nastaniem lat 90 i hossą innej muzyki, przedawniła się z dnia na dzień. W The Nefilim chodziło o to, aby odejść od modelu rocka gotyckiego, jaki zaszczepili światu swoją debiutancką płytą The Sisters of Mercy, a podążyć korytarzem, jaki dał nam chociażby „October Rust” Type O Negative. Swoją droga, „October Rust” ukazał się kilka miesięcy po „Zoon”, co świadczy o dobrym czasie dla takiej muzyki. „Zoon” różni się od brzmienia Fields. To album ostrzejszy, bardziej dynamiczny, naznaczony wpływem rozkwitającego rocka industrialnego w stylu Ministry, ale i nowego pokolenia metalu. To rzecz poważniejsza i bardziej dobitna niż Fields, którzy jak cały rock gotycki nie oparli się gatunkowej sztampie i w pewnym momencie stali się swoistym pośmiewiskiem. Tutaj czuć jest świeżość pomysłu, inną krew i koncepcję albumu jako całości. To ważne – „Zoon” to świetna całość, nawet jeśli słychać w niej pewną pospieszność realizacji i niedopracowane elementy.

McCoy nie chciał rezygnować z zimnych, mrocznych, klimatycznych elementów jego muzyki; jego celem było wskazanie im nowej drogi i nowego znacznie, bardziej współczesnego wyrazu. Cel ten został do pewnego stopnia osiągnięty; gdy Fields ostatecznie wrócili do działalności, 15 lat po rozpadzie, ich brzmienie było oparte na ideach wyznaczonych przez „Zoon”, większej mocy uderzenia, szybkości ciosów i iskrach lecących z gitar. A także na znacznie większym niż wcześniej zdobnictwie swoich kompozycji, instrumentalnych przejściach i łączeniach.

Co sprawiło, że „Zoon” doczekał się remasteringu i jak brzmi po tylu latach? Po pierwsze, to unikatowy krążek zespołu, który zaistniał tylko na moment, a który do dziś pozostaje niszową ciekawostką. Po drugie, to świetny album we własnym zakresie, który dostał drugie życie. W owych czasach niejednokrotnie byliśmy świadkami pospiesznego wykańczania płyt, aby tylko wielotysięczne nakłady czym prędzej poszły w rynek. Dziś jest inaczej – dziś artyści dbają o każdy szczegół swoich wydawnictw, a te ukazują się dopiero wtedy, gdy są ostatecznie gotowe.

„Zoon” po latach i kuracji odmładzającej brzmi fantastycznie – klarownie i przejrzyście, a jednocześnie gęsto i klaustrofobicznie, jak przystało na muzykę industrialną. „Penetration” zostało wydłużone o 30 sekund instrumentalnego outro, a wydawnictwo dopełniają ścieżki niedostępne na pierwotnej wersji albumu, w tym ambientowe „24th Moment”. Właśnie te elementy są tu po podrasowaniu jeszcze bardziej wymowne; dzięki nim „Zoon” brzmi jak narracja złożona z rozdziałów, na swój sposób progresywnie, tak jak „Medusa” Clan of Xymox.

JAKUB OŚLAK