The Prodigy - The Day Is My Enemy

6 lat przyszło nam czekać na następcę „Invaders Must Die”. Przez ten czas grupa nie próżnowała grając regularnie koncerty (także w naszym kraju). Ewidentnie panów nosi, bo do pracy w studiu mogliby przyłożyć się lepiej.
„The Day Is My Enemy” zapowiadało aż 5 utworów. Najlepiej z nich wypada numer tytułowy, który zresztą otwiera krążek. Świetna partia bębnów podbita dodatkowo elektronicznym bitem naprawdę robi wrażenie. Później niestety jest już bardzo nierówno. „Nasty” też już znaliśmy wcześniej. Nawiązuje on pośrednio do tego, co dzieje się na „Invaders...”, a nieco mniej (choć słyszalnie) do debiutu grupy, czyli płyty „Experience” z 1992 roku. „Rebel Radio” swoim breakbeatowym brzmieniem „pogrubia” nieco charakter, ale w momentami nieco zamula i męczy. Niespełna trzyminutowa „Ibiza” nagrana z gościnnym udziałem postpunkowców ze Sleaford Mods dodaje trochę brudu, ale też nie powala. Numer będący krytyką „wątpliwej kultury didżejskiej” panującej na Ibizie nie do końca się broni. Zaskakuje natomiast „Destroy”. Z króciutką melodyjką rodem z gier Nintendo przechodzi w klimat, doskonale pasujący do „Experience”. Tak jakby Liam Howlett odnalazł jakiś stary numer sprzed dwóch dekad i go zremiksował. „Wild Frontier” brzmi z kolei jak kiepska kopia „Omena”. Z całej reszty wybijają się jeszcze nieco połamany rytmicznie „Roadblox”, wolniejszy „Invisible Sun” i tłukący potylicę „Wall Of Death”.
The Prodigy wciąż nie potrafią udźwignąć legendy, którą stworzyli swoimi trzema albumami jeszcze w latach 90. ubiegłej dekady. Cały czas próbują się zbliżyć do tego poziomu. Na „The Day Is My Enemy” przesadzili także z ilością utworów. Kilka jest co najmniej zbytecznych. Pozostają koncerty zespołu, które nadal są spektakularnymi i obłąkanymi widowiskami z masą świateł i niesamowitej, energetycznej muzyki.



