The Raveonettes – Pe'ahi II

Dziesiąta płyta długogrająca w karierze The Raveonettes to sequel doskonałego krążka z roku 2014. Czy spełnia się jako płyta niezależna, na którą fani duetu czekają już długo?
The Raveonettes są w intrygującym miejscu swojej kariery. Od kilku lat sprawy wyglądają tak, jakby Sune Rose Wagnera dopadła blokada twórcza, którą duński czarodziej usiłuje ominąć na wszelkie możliwe sposoby. Zespół sporo koncertuje (niedawno zaprezentowali się w warszawskiej Proximie), remasteruje stary materiał, a także nagrywa zbiór coverów. A to wszystko stało się po kilkuletnim hiatusie, w trakcie którego Sune miał nagrywać materiał solowy, do czego ostatecznie nie doszło. Innymi słowy, zespół jest aktywny i działa – ale tak naprawdę ich ostatni pełnokrwisty album ukazał się w 2014 roku i nosił tytuł „Pe’ahi”.
A co z „2016 Atomized”, który miał premierę jeszcze przed przerwą? Osobiście nie zaliczam go do pełnoprawnych albumów The Raveonettes; to kompilacja rozrzuconych numerów, jakie zespół popełnił w nadmiarze natchnienia do eksperymentów i zapału do pracy. To nie był udany materiał. A jakby tego było mało, gdy wreszcie nadszedł czas na nagranie nowego albumu, The Raveonettes dostarczają krążek pod tytułem… „Pe’ahi II”. Zatem, znowu piwot; owszem, to nowy materiał, ale jest on bezpośrednią kontynuacją płyty sprzed ponad 10 lat. A dobrze wiemy, że sequele w muzyce rockowej, tak jak w horrorze, są rzeczami gorszymi, z góry przegranymi.
Słuchanie „Peahi II” warto zacząć od powrotu do „Pe’ahi”, którą uważam za najlepsze, co The Raveonettes nagrali. To kulminacja ich rozwoju; zaczynali jako pasjonaci muzyki lat 50. i 60., a w ich brzmieniu słychać wpływ The Beatles, angielskiej psychodelii, oraz amerykańskiej szafy grającej: The Everly Brothers, Roy Orbison, garage rock czy doo-wop. Ale z płyty na płytę The Raveonettes stawali się kimś innym – zapanował tu styl shoegaze, harmonijny kontrast, melodyjny hałas i niebiańskie dream-popowe piosenki. Gdy połączyli to w całość, najpierw na „Observator” a wreszcie na „Pe’ahi”, stali się zespołem kompletnym, z własnym stylem.
„Pe’ahi” to także najbardziej osobisty z albumów Sune Rose Wagnera - wiąże się on ze śmiercią jego ojca. W odróżnieniu od innych krążków duetu, „Pe’ahi” przepełnia melancholia, frasunek, rozmyślania o śmierci i kruchości istnienia. Być może stąd pochodzi jej siła – nie z rock’n’rollowej szafy, lecz łez błyszczących w księżycowej poświacie. Płyta ukazała się bez zapowiedzi, a jej dystrybucja była ograniczona. Dokładnie tak samo jest z „Pe’ahi II” – pojawiła się znikąd, a w trakcie trasy nie było jej na stoliku z merchem. Tak jakby The Raveonettes nie chcieli jej zbytnio eksponować; tylko, dlaczego? Czy chodzi o gorszą jakość sequeli?
„Pe’ahi II” jest płytą mocną i wyrazistą, nawet jeśli powiela ona schematy swojej siostry. Jest hałaśliwa i gniewna, melancholijna i elegijna. Sune jest osobą łagodną i przyjazną, ale tutaj brzmi tak, jakby chciał ostrzec ‘Nie podchodź do mnie’. Trawi go ból i gniew, jakby przechodził kolejny kryzys, a muzyka pomagała mu rozładować emocje. Właśnie dlatego „Pe’ahi II” jest propozycją tak przekonującą; nie ma w sobie przebojowości i niebiańskości części pierwszej, ale dysponuje arsenałem silnych uczuć i gotowością do rozbicia gitary o głowę przeciwnika. Dostajemy tu hałas i dysonans, a okładka z łagodnej mięty przechodzi w pobudzający róż.
„Pe’ahi II” to godny następca doskonałego „Pe’ahi”. Nie wskazałbym jej jako płyty typowej dla brzmienia The Raveonettes, ale taką, która wnosi do ich świata nowe elementy. Nigdy nie brzmieli tak ostro i mocno, a ich hałas był bardziej estetyczny i harmonijny, niż gniewny i ostrzegawczy. Tym razem płytę przepełnia niepokój, czad bucha z głośników, a Sune i Sharin są zagniewani. Numery sprawiają wrażenie niedokończonych w twórczym szale i gniewie. Nie jest to pozycja tak dobra jak pierwszy ‘Pe’ahi’, ale świetnie spełnia się właśnie w roli dalszego ciągu, ponownej wizyty na znajomym terytorium, gdzie odkrywamy zupełnie nieznane elementy.
JAKUB OŚLAK
