The The - Ensoulment

RecenzjaThe TheearMUSIC2024
The The - Ensoulment

Po 24 latach czekania z nowym albumem studyjnym powróciła grupa The The kierowana przez Matta Johnsona.

Moda na powroty z muzycznego niebytu do nowej rzeczywistości nie przemija. Część zespołów czyni to z ciekawości, część z konieczności, część z chęci zakończenia życiowej wędrówki czymś lepszym niż gnuśnienie na kanapie, a część obróciła to w niesamowitą dźwignię marketingową. Powrót może być czymś fenomenalnym, co przerośnie najśmielsze oczekiwania zarówno fanów jak i artystów, albo też czymś zupełnie chybionym. Wszystko zależy od tego czy dany czas sprzyja danemu artyście; oraz, czy jego pierwotny talent i popularność ma jakiekolwiek przełożenie na serca fanów w zupełnie innym świecie, po 20 czy 30 latach ciszy.

The The jest jeszcze innym przypadkiem od wymienionych powyżej, dlatego że z żadnego niebytu nie wraca. Mózg i jedyny stały członek tej formacji, Matt Johnson, nigdy nie przestał działać muzycznie, a różnorakość form jakie The The przyjmowało za swoich lat świetności świadczy o tym, że była to efemeryda bez jakiegokolwiek stałego pnia (poza Johnsonem). Tak naprawdę za każdym razem kształt The The był czymś innym, nieistotnym, stawiającym nie na image i ego, lecz walory stricte muzyczne, intelektualne. Tych The The przez lata nie brakowało, a ich reputacja wiecznie niszowych intelektualistów rocka ciągnie się za nimi po dziś dzień.

W muzyce The The na przestrzeni lat odnajdziemy co najlepsze wpływy kolejnych dekad, od nowej fali przez synth-pop po alternatywę, a nawet art-rock. Są tak samo trudni do zaszufladkowania, co chociażby New Model Army czy dEUS, co paradoksalnie czyni z tego faktu pewną osobliwą szufladkę. Matt Johnson zawsze dobrze się w tym odnajdywał – zamiast żyć jak gwiazda rocka, dbał o szczegóły swojej muzyki, o przekaz zawarty w tekstach, o różnorodność muzyków i ich kontrybucji, o wagę i znaczenie muzyki w czasach w których powstała; oraz o to, aby jego brzmienie nie próbowało nawet ocierać się o mainstream czy wpływy komercyjne.

Kolejnym paradoksem jest fakt, że dzięki swojej offowości i nieprzystosowaniu The The zaskarbiło sobie rzesze oddanych wielbicieli, wśród których jest także wielu innych muzyków deklarujących szacunek i sympatię dla trudnego do uchwyceniu stylu Matta Johnsona. Jest ich na tyle wielu, aby skłonić go do rewitalizacji zespołu i serii koncertów w Anglii i Australii, w tym triumfalnego występu w Royal Albert Hall w 2018 r., aby następnie pójść za ciosem i wydać coś nowego. Skład The The, który nagrał "Ensoulment" to ten sam, który Johnson przywołał na potrzeby trasy, będący doborową mieszanką członków z różnych okresów działalności zespołu.

Gdy już dochodzimy do samego "Ensoulment", jego brzmienie jest dokładnie tym, czego można oczekiwać po The The po takim czasie przerwy – czymś zupełnie innym od poprzednich nagrań. To temat całkowicie inny od tego, co formacja prezentowała na swoich najwybitniejszych albumach, od "Soul Mining", przez "Mind Bomb", po "Dusk". Zdziwiłbym się mocno, gdyby Johnson w jakikolwiek sposób nawiązywał brzmieniowo do swoich dawnych osiągnięć; to zupełnie nie w jego stylu. Oczywiście, znajdziemy tu całe mnóstwo punktów wspólnych, ale "Ensoulment" nie przyświeca idea jakiegokolwiek wracania do korzeni, czerpania ze źródeł, itd. To nie w ich stylu.

"Ensoulment" jest podróżą dla serca i duszy ludzi, którzy niestrudzenie szukają w muzyce czegoś prawdziwego. Głos Johnsona, chociaż nie odporny na upływ czasu, hipnotyzuje, podobnie jak Cohen czy Bargeld. Nie opuszcza go duch rockowych eksploracji, czarowania nastrojem i prób łączenia brzmień w nietypowe, niecodziennie wzory, co idealnie łączy się z tradycją The The. Pomimo pozornej prostoty swojej konstrukcji, kompozycje tej płyty zawierają mnóstwo szczegółów i smaczków, które docierają do słuchacza dopiero po wielokrotnym odsłuchu, co również jest jego typową sygnaturą i niewątpliwym triumfem ambicji artystycznych.

Mimo iż Matt Johnson nie lubuje się w nostalgii czy sentymentach, o tyle "Ensoulment" spowite jest mgiełką melancholii i weltschmerzu. Jak każdy wrażliwiec i intelektualista, tak i Johnson w swoich tekstach narzeka na szaloną rzeczywistość i postawienie świata na głowie do granic absurdu. Słychać, że „świat go boli” i jakaś jego część chciałaby powrotu do „normalności” jaką zapamiętał z lat ubiegłych. Z drugiej strony, Johnson pyta też o rzeczy ostateczne, o śmierć i to, co będzie dalej; wszystko to brzmi wymownie i symptomatycznie dla stanu umysłu w jakim znalazł się ten stroniący od rozgłosu, dosyć tajemniczy artysta. A jego słuchacze wraz z nim.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały