Throwing Muses – Moonlight Concessions

Po pięciu latach grupowego milczenia, Throwing Muses przynoszą nam krótki, bo ledwie półgodzinny, ale świeżo brzmiący krążek, stanowiący miękki reset w dorobku zespołu.
Throwing Muses wracają po pięciu latach z nowym albumem, pierwszym od ukazanego w czasie pandemii „Sun Racket”. Od tamtej pory zespół nie koncertował, więc może nowy krążek jest pierwszą oznaką zmiany. Oczywiście, poprzez zespół, mam na myśli tą konkretną konfigurację muzyków towarzyszących Kristin Hersh, gdyż ona sama pozostaje cały czas aktywna. Półtora roku temu ukazał się jej nowy, solowy krążek „Clear Pond Road”, a gdy piszę te słowa, artystka jest w trakcie solowej trasy po Antypodach. Jej twórczy potencjał i kreatywna wola walki nie słabnie, a „Moonlight Concessions” to swoisty ożywczy powrót do korzeni dla niej i zespołu.
Pomiędzy Throwing Muses a solowym dorobkiem Hersh granica zaciera się coraz bardziej. Od kiedy zespół opuściła Tanya Donelly, która stanowiła kreatywną przeciwwagę dla Hersh, Muses z płyty na płytę stawały się coraz bardziej jej osobistym placem zabaw. Różnice w brzmieniu Muses ‘wtedy’ – czyli na przełomie lat 80 i 90, a ‘teraz’, są oczywiste. Niezmienny pozostaje głos Hersh, spoiwo wcieleń tego zespołu, i jeden z symboli alternatywnego brzmienia tamtej epoki: dojrzały jak Marianne Faithfull i dziecinny jak Cindy Lauper. Warto to podkreślić, gdyż na „Moonlight Concessions” jest on jeszcze bardziej wyeksponowany, niż kiedykolwiek wcześniej.
To co odróżnia „Moonlight Concessions” od praktycznie większości dotychczasowej dyskografii Throwing Muses to ich bardzo spokojny, akustyczny, siedzony charakter. Piosenki są bardziej ascetyczne, bazowe, odarte z produkcji i ozdobników, a ich nastrojowy charakter podkreśla tylko obecność Pete’a Harvey na wiolonczeli. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, płyta skupia się wokół śpiewu i poetyckich słów Hersh, które brzmią jak zapiski z pamiętnika, bardzo introwertycznie i osobiście. Rola zespołu sprowadza się tu w zasadzie do akompaniamentu dla głównej postaci, która z gitarą akustyczną lub elektryczną pod ręką brzmi niemal folkowo. Throwing Muses nigdy tak nie grali, chociaż według słów Hersh, od takich właśnie zapisków kompozycji zespół zaczynał, zanim odnalazł swoje rockowe, alternatywne brzmienie z pomocą nieocenionych ludzi z 4AD. Można powiedzieć, że to wręcz brzmienie ‘demo’, pewien zarys pomysłu na siebie i tematu, jaki zespół chce eksplorować na swoim debiutanckim albumie. Tak mogłaby brzmieć ta grupa, gdyby kiedykolwiek wystąpiła w MTV Unplugged lub VH1 Storytellers – osobiście, nastrojowo, intymnie, bez maski scenicznej, wręcz eksponując swoje prawdziwe ja, być może po raz pierwszy w życiu, wobec tych kilkunastu zgromadzonych na sali słuchaczy.
„Moonlight Concessions” to powiew świeżości w dorobku ekipy, której losy prowadziły od samego początku krętymi, zacienionymi ścieżkami, przeważnie pod górkę. Hersh brzmi tu tak, jakby wreszcie odnalazła w swoim twórczym życiu równowagę, gdzie liczy się wyłącznie wrażliwość na słowo i dźwięk i umiejętność podzielenia się nimi ze słuchaczem. Chcę wyróżnić jeden numer, nie dlatego że jest lepszy niż pozostałe, ale dlatego, że jest po prostu piękny: „Sally’s Beauty” brzmi jak coś, co należy do klasycznego katalogu 4AD i nie jest to przypadek, że jedna z wychowanek tego labelu przywołuje tu brzmienie tej niezwykłej, kultowej wytwórni.
Gwoli formalności, ciekawostka. „Moonlight Concessions” zostało nagrane także w ‘normalnej’, alternatywnej wersji i wydane jako „Moonlight Confessions” (różnica jednej literki). Według słów Hersh, tak ten album miał brzmieć w pierwotnym zamyśle, zanim nie wpadła na pomysł odarcia go z produkcji i przedstawieniu w formie surowej – czyli tej dopracowanej. Z tym zespołem wszystko jest na opak.
JAKUB OŚLAK

