Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeRecenzjeToday Is The Day - Never Give In
Today Is The Day - Never Give In

Today Is The Day - Never Give In

Recenzja16.12.2025Today Is The DaySupernova Records2025
Today Is The Day - Never Give In

Amerykanie z Today Is The Day dzielą się z nami swoją 12 płytą, która z założenia jest pierwszą częścią większego projektu; kolejny album pojawić się ma już w przyszłym roku.

Pisanie o Today Is The Day jest jeszcze większym wyzwaniem niż mierzenie się z ich muzyką. W sumie, najlepszą i najkrótszą definicję zafundował nam jeden z dziennikarzy (nie pamiętam, kto), używając trafnego hasła „planeta Austin”. Wszystko co robi Steve Austin, lider i jedyny stały członek TITD jest osobne, oderwane od normalnego świata. Inne i drażniące. I choć tematycznie albumy zespołu opierają się o sprawy bardzo przyziemne (depresja, degradacja środowiska, poczucie zagrożenia, choroby czy dywagacje o wszystkim co przydarzyło się Austinowi w życiu), muzyka na każdej płycie, poza programowym brudem i nieznośnym hałasem, ewoluowała. Bynajmniej nie w stronę krainy łagodności.

Cieszę się, że mogę napisać tych kilka słów, bo karierę zespołu śledzę od debiutu, który w zasadzie był równie zaskakujący co formatywny dla dalszych czynności tego projektu. I tu znowu posłużę się cytatem z recenzji debiutanckiej płyty „Supernova”, która znalazła się w szóstym numerze jednego z najciekawszych, polskich magazynów muzycznych lat 90. – OUTside (1994r), gdzie znajdujemy idealną definicję muzyki zespołu w tamtym okresie: „Gdyby niegdyś jakimś cudem King Crimson dogadali się z przetwarzającymi w szaleństwo pejzaże współczesnej cywilizacji Throbbing Gristle i wspólnie poczęli wykonywać z tkwiącą w nich inwencją zmetalizowany noise to Today Is The Day byłoby tylko sprawnym technicznie plagiatorem”. Swoją drogą, debiutancki album (wydany zresztą na licencyjnej kasecie przez wspominany magazyn) był dużo bardziej przechylony w stronę sceny industrialnej niż noise’owej a świetne użycie sampli powodowało, że płyta robi wrażenie także dzisiaj.

Pierwsze materiały zespołu wydane w złotym okresie złotych lat 90. to w zasadzie hołd dla ówczesnej, amerykańskiej sceny niezależnej: po debiucie dostajemy „Willpower” (mój zdecydowany faworyt!), który jest czymś w rodzaju prekursora math core’a i to chyba ostatni moment, kiedy działalność Austina jest w miarę definiowalna; potem, wraz z albumem „Today Is The Day” pogrąża się w skrajnym szaleństwie. Nie będę jednak bezkrytyczny, bo muzyka zespołu jest równie kolorowa jak i nierówna; zdarzają mu się słabsze momenty jak np. „Temple of the Morning Star” z muzyką, która oprócz dawki hałasu i wyraźnych już skłonności w stronę metalu zawsze mnie jedynie męczyła. A przecież dwa lata później, w 1999 roku TITD kończy lata 90. w wielkim stylu, najlepszym i najbardziej ekstatycznym dziełem (również ze względu na okładkę) czyli „In The Eyes of God”! Album to genialny, świetnie miksujący noise, eksperymenty i grindcore, w dodatku Austinowi towarzyszą dwaj rewelacyjni muzycy, którzy chwilę później objawili się światu w innym, dużo bardziej popularnym zespole – Brann Dailor i Bill Kelliher.

Austin testuje wytrzymałość słuchaczy, wydając kolejny album – monstrum, czyli ponad dwugodzinne studium szaleństwa i uzależnienia: „Sadness Will Prevail”. Kolejne płyty są lepszymi lub gorszymi wariacjami na temat obsesji Steve’a. Najlepiej wypada to na „Animal Mother” czy zaskakująco przystępnym (jak na TITD) „Pain Is A Warning”, ale zdarzają się kolejne wpadki jak np. słaby kompozycyjnie „Axis of Eden” z kuriozalnym udziałem perkusyjnego wymiatacza (który niewiele na tej płycie pokazał) Dereka Roddy (min. Hate Eternal czy Nile).

Ostatnie dwadzieścia lat to ciągłe poszukiwania Austina by jak najlepiej oddać w kakofonii swoje frustracje. Słuchanie tej muzyki nie należy do przyjemnych doznań, jest to raczej próba zrozumienia tego paranoicznego świata; trzeba po prostu lubić dysharmoniczne hałasy i brak jakichkolwiek haczyków w postaci melodii. Tu panuje szaleństwo i całkowity brak reguł. Próbą wyrwania się z tego świata miała być płyta „No Good to Anyone” i osobiście uważam, że miała duże szanse, jednak termin wydania (luty 2020) skutecznie storpedował jakiekolwiek nadzieje na większy niż zwykle sukces. Przekleństwo? Być może.

I wreszcie 2025 rok; zespół powraca jak zwykle w nowym składzie i zapodaje płytę, która… na razie sprawia mi kłopot. Ok., kłopot sprawiają wszystkie poczynania Austina, jednak tym razem bardzo powoli przyswajam nowe dzieło. Inne. Bardziej wycofane, momentami zaskakująco spokojne czy też przytłumione, jakby ta kipiąca agresja znalazła się gdzieś pod powierzchnią, co świetnie rezonuje w otwierającym płytę „Divide and Conquer”. Jeszcze bardziej zaskakująco jest w „I Got Nothin’”, który brzmi niczym… wariacja TITD na temat synth popu. Oczywiście, w tonacji noir, z ponurymi, rzężącymi gitarami. Stary, dobry Today powraca za to w wściekłym, najeżonym gitarowymi kolcami „Intentional Psychological Warfare”. Trzeba przyznać, że pomysłów przez pięć lat uzbierało się Austinowi co nie miara, szczególnie w temacie elektroniki, bo syntezatorowych brzmień jest tu jak na ten zespół całkiem sporo, przede wszystkim jednak Austin potrafi balansować dynamiką, co świetnie wychodzi w utworze tytułowym, gdzie spokojna warstwa gitarowa jest podkładem pod zdublowane wokale – łagodniejszy na pierwszym planie i histeryczny wrzask jako tło gdzieś z tyłu. Niepokój i dezorientacja gwarantowane. Dość? Gdzie tam - kiedy w „Secret Police” wjeżdżają jazzujące, szalejące dęciaki, sprawdzam nerwowo czy to na pewno ten zespół. Tak, ten, choć nie wszystko mi się podoba, jak np. stosunkowo prosty, wręcz punkowy wypełniacz „The Choice Is Yours”. Zupełnie inaczej jest za to w hipnotycznym, opartym na pracy pianina „Pain and Frustration”. Czy to jakaś forma improwizacji? Sam nie wiem… Zespół żegna się kolejnym, spokojnym, może nawet – uwaga, boję się tego słowa – balladowym w formie utworem „The Cleansing”, choć wolałbym, żeby album skończył się jednak na „Pain…”.

Zastanawiam, co w zasadzie zrobić z tą płytą… Jeśli to faktycznie pierwsza część, to jaka będzie druga? Brutalniejsza? Lepsza? Gorsza? Trudno powiedzieć. Austin wyraźnie chce nam dać do zrozumienia, że zmienia się, może chce wyhamować, a może złapać oddech przed kolejnym ciosem? „Never Give In” wywołuje u mnie sprzeczne odczucia. Czasami tęsknię za wkurwionym i wyrzygującym z siebie nienawiść liderem, to znowu wydaje mi się, że tzw. „dojrzałość” jest dla niego wręcz zbawienna. Oczywiście, można przyjąć, że to tylko kolejny krok w utrudnianiu nam życia. Nasuwa mi się także refleksja odnośnie do zabiegu wydawniczego. Wcześniej na podobny ruch zdecydował się kanadyjski KEN mode (tak, wiem, że był jeszcze System Of A Down…): i tu także nie było ideału, bo o ile „Null” to płyta genialna w swoim rozumieniu noise rocka, o tyle druga jej cześć, wydany rok później (a nagrany podczas tej samej sesji – czy tak jest też w przypadku TITD?) „Void” nie spełnił nadziei. Jak będzie w przypadku Amerykanów? Cóż, pozostaje nam piekło oczekiwań.

AREK LERCH