Tolhurst x Budgie x Jacknife Lee - Los Angeles

Co może wyniknąć ze spotkania trzech perkusistów, z których dwóch to wciąż żywe legendy angielskiej zimnej fali, a trzeci to producent muzycznie zdolny do wszystkiego?
Jak się okazuje, całkiem ciekawy, niebanalny album. "Los Angeles" to wspólne dzieło Lawrence’a Tolhursta, nazywanego Lolem, oraz Petera Clarke nazywanego Budgie. Ten pierwszy to były perkusista oraz współzałożyciel The Cure, współtwórca największych sukcesów artystycznych tej grupy. Ten drugi to długoletni perkusista Siouxsie & The Banshees, oraz przez wiele lat mąż Siouxsie Sioux. Referencje i osiągnięcia obu są zatem silne i mogą sugerować, że ich wspólna kolaboracja może w dużym stopniu sięgać do największych dokonań oryginalnego zimnego, ‘gotyckiego’ post-punka. Nic bardziej mylnego.
O kierunku muzycznych poszukiwań Los Angeles wydaje się decydować trzeci z tworzących go multi-instrumentalistów, Garrett Lee nazywany Jacknife. Nie jest on może taką legendą jak jego towarzysze, ale ma za to imponujące CV. Na jego koncie widnieje wiele udanych projektów na czele z muzycznymi ‘A-listerami’ takimi jak U2, dzięki czemu stoi w jednym rzędzie z takimi legendami produkcji jak Flood, Steve Lilywhite, Daniel Lanois czy Brian Eno. Nieobce są mu listy przebojów, jak i wiecznie niszowa alternatywa, a w jego stylu można usłyszeć zarówno popową radość i optymizm, jak i ciągle pochmurny, zblazowany rock’n’roll. To dzięki jego wpływowi na Los Angeles słychać chociażby gitarę The Edge’a, jak i różnorodne głosy Bobby’ego Gillespie, Isaaca Brocka, oraz Jamesa Murphy.
Gdy już odrzucimy wszystkie nazwiska i oczekiwania z nimi związane okazuje się, że "Los Angeles" zaskakuje świeżością, polotem, pomysłem i wykonaniem, oraz ilością odsłuchów, do jakich zachęca i motywuje. To typowa cecha albumów kolaboracyjnych – niełatwo, wręcz nie sposób, jest je ogarnąć za jednym posiedzeniem. Podobnie jak Beauty In Chaos, Lost Horizons, czy The Jeffrey Lee Pierce Sessions Project, tak i Los Angeles opiera się na talentach i wrażliwości tworzących je indywidualności, które połączyła w jednym miejscu i czasie wspólna idea. Słychać narkotyczną błogość Primal Scream, kombinatorykę LCD Soundsystem, oraz podręcznikowo amerykańskie indie w stylu Modest Mouse. Nie słychać za to ani The Cure ani The Banshees. Nie dziwi mnie to. Płyta jest nie tylko różnorodna pod kątem składników, ale także produktów. Rozrzucone po pokoju poszczególne utwory nie wyglądają, jakby należały do tego samego zestawu; jednakże, ułożone obok siebie i słuchane chronologicznie tworzą wciągającą, wielowątkową całość, którą można puszczać raz po raz bez potrzeby odpoczynku. Numery kontrastują wzajemną estetyką, chociażby ‘zepsuty’, brudny utwór tytułowy, esencja albumu, jak i zupełnie taneczne „Ghosted At Home”. Świetnie brzmią także wyskakujące przed szereg „Country Of The Blind” oraz “Train With No Station”, jak i bardziej schowane „Noche Oscura”, „Travel Channel” i „We Got to Move”. Całość to rzecz jasna słodko-gorzki pean o kulturowym sercu Kalifornii, które bombarduje miłością, a następnie pożera w całości.
Różnorodność to słowo-klucz do Los Angeles, zarówno w przenośni, symbolicznie, jak i całkiem dosłownie. To fundament tkanki społecznej tego legendarnego miasta, które dało psychiczne schronienie tak wielu brytyjskim artystom po ich ‘rozwodzie’ z Londynem. Jest wśród nich także Lol, którego rozstanie z The Cure wiele lat temu nie jest odarte z typowych dla takich sytuacji mitów. Część fanów na pewno pamięta jego późniejszy projekt Levinhurst (nawet wystąpili w Warszawie w 2010 r.), ale nigdy nie były to wyżyny twórczości i popularności jego macierzystej formacji. Tym większe zaskoczenie, że Lol nie próżnuje – mało tego, jest w stanie wydać tak interesującą, nieszablonową, odmienną brzmieniowo płytę, w doborowym towarzystwie, jak właśnie Los Angeles.
JAKUB OŚLAK
