Uulliata Digir - Uulliata Digir

Imienny debiut poznańskiej formacji, to opowieść o wyobrażeniu początków ludzkości, obudowana post-metalowo-plemiennym anturażem oraz tekstami zainspirowanymi językiem sumeryjskim.
„Odwieczne triumfy i upadki człowieka próbowaliśmy uchwycić w dźwięku” – tak mówią o swoim dziele członkowie tej sześcioosobowej grupy. „Uulliata Digir” to swoista przypowieść, odnosząca się do czasów iście pradawnych, sięgających tysięcy lat wstecz, gdzie życie i śmierć przeplatały się ze sobą ad hoc, a wszelka pamięć zachowywana była w treściach mitów oraz legend. Zdaniem członków zespołu uniwersalność tych historii tym bardziej prowokuje do ich przytaczania, czy raczej przypominania. Taka nadbudowa z jednej strony sugeruje pewne skojarzenia, a z drugiej – może też mylić tropy.
Otwierająca płytę ponad piętnastominutowa kompozycja „Myrthys”, początkowo rozbudza pewną aurę narastającego niepokoju za sprawą dość nieśmiałych dźwięków gitar(y) Marcina Tuliszkiewicza, podbitych także plemiennymi bębnami Krzysztofa Kulisa, bliskowschodnimi partiami trąbki Magdaleny Andrys, czy wreszcie mrocznymi wokalami Michała Sosnowskiego oraz Julity Dąbrowskiej. Zupełnie niepostrzeżenie ta mieszanka przechodzi w wręcz rozżarzony industrial, który płynnie ‘wygasza się’ pod koniec, dając przestrzeń dla… powłóczystego jazzu (świetne partie trąbki Magdaleny), a także mantrowego transu (wokale Julity). Ostatnią część stanowi jazz-metalowa erupcja, która łamliwie i płynnie zamyka tego kolosa. Syntetycznie-punktowe interludium „Asea” wprowadza natomiast do klimatycznego death metalu w „Omni Dirga”, który przypomina nieco najbardziej starożytnie zabarwione zapędy… Behemoth. Atmosfera pożogi miesza się tu z pełnym połamanych rytmów i zmian temp opętańczym free, niebezpiecznie zbliżającym się do kakofonii. Krótkie, deklamacyjne „Atti” wprowadza natomiast do drugiego ‘filaru’ całości – jeszcze bardziej eksperymentalnego, nieoczywistego, szaleńczego - na zmianę metalowego i jazzowego - a jednocześnie ujmująco klimatycznością „Eldvari”. Pod koniec utworu zostają jedynie zgliszcza, co słychać w niespełna minutowej dość upiornie majaczącej codzie.
Przyznaję, że nie do końca potrafię jeszcze odczytać zawiłości „Uulliata Digir”. Poczucie konsternacji mija co prawda z każdym kolejnym odsłuchem, ale przy tak nasyconej dźwiękami i treścią materii, sukcesywnie objawiają się także wyrwy dopełniające całości. To album do niejednej próby, wymagający przyłożenia, otwarcia nie tylko zmysłów, ale i… pamięci.
MACIEJ MAJEWSKI
