Vince Clarke - Songs Of Silence

RecenzjaVince ClarkeMute Records2023
Vince Clarke - Songs Of Silence

Vince Clarke znany jako współzałożyciel Depeche Mode i Yazoo, a także muzyczny lider duetu Erasure, wydał ambientową płytę "Songs Of Silence", która według naszego recenzenta jest jedną z muzycznych niespodzianek mijającego roku.

Muzykę ambient może robić każdy, kto potrafi wydobyć z syntezatora i komputera najprostszy dźwięk. Ten gatunek nie wymaga wirtuozerskiej muzykalności lub scenicznej charyzmy; wystarczy umieć nastawić sprzęt na „buczenie” o odpowiedniej barwie i potrafić to modulować. To jeden z najbardziej demokratycznych gatunków, gdzie nie liczy się drogi sprzęt, ilość godzin spędzonych dziennie na ćwiczeniach; tu liczy się wyłącznie wyobraźnia, wrażliwość i zdolność przemawiania najbardziej prymitywnym, a przez to trafiającym do wszystkich językiem, czyli dźwiękiem. Do produkcji ambientu nie trzeba nawet człowiekiem – sztuczna inteligencja dobrze radzi sobie z tym zadaniem, a jej produkcje można podziwiać w serwisach muzycznych. Gdzie zatem haczyk?

Ano właśnie tam, gdzie przychodzi wyróżnić wybitne produkcje ambientowe z powodzi łudząco podobnych płyt. Jest to miejsce, gdzie do gry wchodzi przebłysk geniuszu, posunięcie mistrza, które odróżnia solidny produkt od dzieła sztuki. Takim posunięciem wykazał się Vince Clarke, wydając płytę "Songs of Silence", której tytuł i okładka w zasadzie mówi wszystko. Oto muzyka ambient, czyli dźwięki tła i ciszy w wydaniu mistrza elektroniki, który paradoksalnie zbyt często się nią nie zajmował. Co nie znaczy, że nigdy. Spośród wielu projektów Clarke’a należy przypomnieć powszechnie nieznany krążek, nagrany przeszło 20 lat temu z Martinem Ware – tym od Heaven 17 i The Human League – pt. "Spectrum Pursuit Vehicle". Była to jednak propozycja o innej ciepłocie i barwach oraz ładunku emocjonalnym, bardziej optymistyczna, relaksująca, niebiańska i medytacyjna, niż "Songs of Silence". Jak twierdzi sam Clarke, jego nowa produkcja ma korzenie w covidowym lockdownie, co tłumaczy jej depresyjny nastrój, grę odcieniami szarości, melancholię, a nawet klaustrofobię. To także ciekawa „odpowiedź” na "Lockdown Trilogy" Mariusza Dudy, nagrywaną w tych samych okolicznościach.

Twórców muzyki ambient można podzielić na ekspertów, specjalistów tego gatunku, oraz nowicjuszy, grających coś innego, którzy wpadli na pomysł spróbowania sił w takiej muzyce. Historia zna wiele przykładów wybitnych muzyków, którzy przeszli na ambient lub zajmują się nim doraźnie, hobbystycznie; wśród nich znajdziemy takie postaci jak Robert Fripp, David Sylvian, John Foxx, Pieter Nooten, Steven Wilson, Bill Laswell, Mick Harris, a nawet Trent Reznor. "Songs of Silence" jest także dziełem wybitnego twórcy, pioniera synth-popu, który podchodzi do tematu zupełnie od początku, bez obciążenia markami Yazoo, Erasure czy Depeche Mode, bez oczekiwań i hucznych zapowiedzi.

I właśnie na tym polu Vince Clarke wygrywa, gdyż jak się okazuje świetnie czuje ten gatunek, jak każdy muzyk parający się elektroniką. Co warte odnotowania, Clarke nie idzie na łatwiznę, serwując nam 45-minutową ‘suitę’; "Songs of Silence" jest zbiorem krótkich kompozycji, które pozornie nie zazębiają się w całość. Płyta działa na tej samej zasadzie, co "Music For Films" Briana Eno, gdzie mieliśmy do czynienia z dużą ilością krótkich kompozycji, z których każda nadaje się do ilustracji nastrojowej sceny w filmie. Clarke również stawia na krótką formę, oraz idącą za nią różnorodność, dyskrecję, impresjonizm, fotografikę, i sztukę uchwycenia uczuć w kilku chwilach dźwięku.

"Songs of Silence" jest płytą lekko rozstrzeloną, jak zbiór losowych fotografii, a przez to wyróżniającą na tle innych dzieł muzyki ambient. Oprócz "Music For Films", porównałbym ją do dzieł Davida Sylviana, w szczególności drugiej części "Gone To Earth" oraz "Plight & Premonition" (nagranej razem z Holgerem Czukay’em). Jej wysoki profil artystyczny, podparty renomą wytwórni Mute, także powinien stanowić zachętę dla tych, którzy do tej pory stronili od tego typu dźwięków, które pozornie są nie dla każdego. Tymczasem muzyka ambient, jak już wspominałem, jest medium w obliczu którego wszyscy są równi i która przemawia do wszystkich. Jedno z największych zaskoczeń płytowych mijającego roku.

JAKUB OŚLAK