Aga Zaryan

Nasz wywiad z Agą Zaryan z okazji wydania jej ostatniego albumu studyjnego "Remembering Nina And Abbey".
- Skąd pomysł na nagranie płyty z utworami Niny Simone i Abbey Lincoln?
- Obie panie towarzyszyły mi niemalże od samego początku mojej przygody z muzyką. Już w szkole muzycznej słuchałam Niny Simone, a muzykę Abbey Lincoln poznałam trochę później. Na mojej pierwszej płycie zaśpiewałam piosenkę „I Put A Spell On You” z repertuaru Niny Simone, a na drugiej – kompozycję „Throw It Away” Abbey Lincoln. Po serii płyt autorskich i śpiewanych po polsku poczułam, że przyszedł czas, aby wrócić do korzeni moich fascynacji muzycznych. Przez kilka miesięcy słuchałam nagrań Niny oraz Abbey i wybrałam kilkanaście piosenek z repertuaru obu wokalistek. Te kompozycje nie mają „terminu ważności”. Powstawały od końca lat dwudziestych do lat sześćdziesiątych. Wersje na albumie to nowe aranżacje i interpretacje. Muzycy tchnęli w te piosenki nowe życie. Na tym polega czar świetnych kompozycji, one się nie starzeją, może są dość stare, ale nadal jare. Emocjonalnie jest mi bliżej do tego, co już było w muzyce rozrywkowej czyli właśnie do okresów, w których działały Nina Simone i Abbey Lincoln. Zaczynały karierę w latach pięćdziesiątych. Współcześnie coraz mniej rzeczy w muzyce rozrywkowej mnie zachwyca i fascynuje.
- Co Cię fascynuje w postaciach i twórczości Niny Simone oraz Abbey Lincoln?
- Nina Simone nie komponowała dużo, ale napisała kilka ważnych piosenek. Z kolei Abbey Lincoln pisała piękne teksty i świetne melodie. To co fascynuje mnie w obu Paniach to ich niezwykła charyzma sceniczna i bezkompromisowość w artystycznej drodze, którą obrały. Śpiewały piękne piosenki o miłości, ale miały w swej twórczości także protest songi, w których opowiadały o ważnych tematach społecznych, takich jak chociażby walka o równouprawnienie czarnoskórej społeczności w USA. Zawsze fascynowali mnie artyści, których głos był na tyle silny, że dostarczali publiczności nie tylko rozrywkę, ale mówili o istotnych dla nas wszystkich sprawach.
- Według jakiego klucza dokonałaś wyboru utworów z szerokiego przecież katalogu nagrań Abbey Lincoln i Niny Simone?
- Od samego początku mojej przygody z muzyką, urzekało mnie piękno. A więc ujmujące melodie, ciekawe harmonie, dobre teksty. I właśnie według tych kluczy dobierałam utwory. Każda z tych piosenek to perełka. Chciałam, by każda z tych perełek mieniła się innym blaskiem. Aranżacje tych utworów są różnorodne. Myślę, że dla słuchacza ta godzina spędzona z muzyką Niny i Abbey była powrotem do przeszłości, ale w nawiązaniu do teraźniejszości, bo album powstał dopiero co, . Ważne było dla mnie także to, aby każdy muzyk, którego zaprosiłam do pracy nad „Remembering Nina And Abbey” mógł pokazać swój kunszt i był współtwórcą całości. Muzycy niezwykle zaangażowali się podczas prób i sesji nagraniowych.
- Do nagrania płyty zaprosiłaś między innymi trójkę wspaniałych, amerykańskich muzyków: pianistkę Geri Allen, perkusistę Briana Blade’a i harfistkę Carol Robbins, która zresztą współpracowała z Niną Simone. Jak udało Ci się nawiązać z nimi współpracę?
- Chcę podkreślić, że sama się z nimi skontaktowałam. To nie były układy między wytwórniami czy jakieś biznesowe kontakty. Poprzez mojego współpracownika, gitarzystę Larry’ego Koonsa poznałam Carol Robbins i Briana Blade’a. Byłam w Wiedniu na koncercie pianisty jazzowego Billy’ego Childsa, w którego zespole grał właśnie Koonse, Robbins i Blade. Do Wiednia pojechałam, by poznać Briana Blade’a. Larry obiecał mi, że pozna mnie z Brianem, któremu będę miała okazję przekazać swoje płyty i przedyskutować współpracę. Tak się stało. Podczas tego koncertu usłyszałam po raz pierwszy na żywo Carol Robbins. Pomyślałam sobie, że harfa jest tak magicznym instrumentem, że będzie idealnie pasowała do tego projektu. Po koncercie zostałam zaproszona na kolację, podczas której zaczęłam rozmawiać z Carol i dopiero wtedy dowiedziałam się, że brała udział w powstawaniu płyt Niny Simone. Ten fakt wydawał się zrządzeniem losu ! Wracając do Briana Blade'a, można o nim rozwodzić się godzinami. Talent nad talentami, jego gra na perkusji to mistrzostwo, wyczucie i delikatność tak pożądana w przypadku płyt wokalnych.
Geri Allen to moja idolka, którą podziwiam od wielu lat. Zachwyca mnie sposób, w jaki improwizuje, akompaniuje. Poznałam ją lata temu w Nowym Jorku, gdzie pomieszkiwałam. Po jednym z jej koncertów w nowojorskim klubie, miałam okazję porozmawiać z nią w garderobie. Po latach przypomniałam się jej, wysłałam nagrania. W przypadku tej artystki czuję się wyjątkowo wyróżniona, że przyjęła propozycje współpracy. Bardzo się polubiłyśmy i na pewno spotkamy się jeszcze kiedyś na scenie. Brian Blade jest muzykiem otwartym na różne rodzaje muzyki, natomiast Geri jest bardziej wybiórcza i hermetyczna. Byłam szczęśliwa, gdy zgodziła się na udział w nagraniu „Remembering Nina And Abbey”. Przyleciała ze wschodniego wybrzeża USA do Kalifornii, gdzie powstawała płyta i spędziłyśmy kilka dni razem.
- Jak wyglądała praca nad tym albumem?
- Album powstał na tak zwaną „setkę” w zaledwie dwa i pół dnia! Nagraliśmy po kilka wersji każdej piosenki, a następnie wspólnie, w reżyserce decydowaliśmy, która wersja jest najlepsza. Wybieraliśmy wersję, z której wszyscy byliśmy najbardziej zadowoleni. To, co słuchacza dostał na płycie to szczery zapis danej chwili. Warto podkreślić, że płyta była nagrywana w tej samej technice, w jakiej powstawały nagrania Niny i Abbey. Było to studio ze sprzętem analogowym. Wybór tego miejsca nie był przypadkowy. Mój menadżer szukał studia, w którym wszyscy czuliby się komfortowo, a jednocześnie panowałaby aura zbliżona do tamtych czasów. Zapach kadzidełek, dużo zieleni wokół i spokój. To niesamowite, że w Conway Recording Studios nagrywali m.in Ray Charles i Stevie Wonder.
- Od wydania płyty minęły już pięć miesięcy. Czy zaczynasz już patrzeć w przyszłość i myśleć o kolejnym wydawnictwie?
- Jeszcze zajmuję się promocją tego albumu. Ale na chwilę obecną wiem, że kolejna moja płyta będzie wydawnictwem autorskim. I na pewno nie będę się spieszyła z jej wydaniem. Chcę znaleźć w sobie spokój potrzebny do napisania tekstów i czas, by zacząć tworzyć muzykę. Zastawiam się również, czy nie nagrać kolejnej płyty koncertowej. Uwielbiam kontakt z publicznością. Studio nagraniowe ma swoje plusy, gdyż jest sterylne, ale więcej dzikości i spontaniczności można osiągnąć stojąc na scenie i czerpiąc energię od publiczności. W wykonaniach live świetny jest moment nieprzewidywalności. Zobaczymy, co przyniosą kolejne lata. To jest moja ósma płyta, nie spieszę się. Na razie jestem jeszcze w świecie Niny i Abbey i dobrze mi z tym. (śmiech). Nadal koncertujemy. Już za chwilę koncerty w Warszawie, Sanoku, Bielsku Białej i Chorzowie.
- Wyobrażasz sobie Agę Zaryan w filmie albo na deskach teatru?
- Będąc w liceum marzyłam o szkole teatralnej. Nawet miałam przygotowane teksty na egzamin na wydział aktorski. Fragment z „Niebezpiecznych Związków”, monolog Joanny D’Arc oraz opowiadanie Mrożka. Ale tak się złożyło, że do mojej szkoły przyszła Ewa Bem, zrobiła przesłuchania i przyjęła do swojej klasy trzy dziewczyny w tym mnie. Wkrótce potem na letnie warsztaty przylecieli Amerykanie i stwierdziłam, że jednak zamiast szkoły teatralnej wybieram wolność czyli muzykę improwizowaną (śmiech). Od tamtej chwili minęło już 18 lat, więc można powiedzieć, że jestem pełnoletnia , jeśli chodzi o zajmowanie się jazzem (śmiech). Ale wrócę jeszcze do czasów licealnych. W klasie maturalnej regularnie chodziłam do na przedstawienia teatralne. Uwielbiałam teatr Witkacego w Zakopanem. Zawsze piłam drinki z moim ówczesnym chłopakiem w kawiarni teatralnej. Lubiłam zapach teatru, aurę, która się wytwarzała w czasie gry aktorów . Marzyłam, by być częścią tego magicznego świata.. W szkole muzycznej twierdzono, że miałam niezły talent komediowy (śmiech). Z perspektywy czasu cieszę się, że zostałam wokalistką, gdyż wiem, jak ciężko jest utrzymać się aktorkom, które często grają w serialach, żeby się utrzymać, albo czekają miesiącami na telefon. Nadal kocham kino i teatr, więc kto wie, może kiedyś coś się wydarzy. A jeśli nie będzie to kosztem muzyki, to nie powiem „nie”.
- A gdyby to miała być na przykład rola Niny Simone?
- Nie chciałabym wcielić się w postać Niny Simone w teatrze. Wolę pokazywać jej twórczość poprzez muzykę i swoją emocjonalność niż grać ją na teatralnych deskach. To nie jest w moim mniemaniu postać, którą można odtworzyć. Można się przeglądać w jej twórczości, szukać innej drogi do jej piosenek, ale Nina Simone była tylko jedna.
Foto: Mateusz Stankiewicz



