Albert Hammond

Albert Hammond tworzy i nagrywa piosenki od ponad 60 lat. Współpracował m.in. z Celine Dion, Whitney Houston, Dianą Ross, Glenem Campbellem, czy Williem Nelsonem; zespołami Chicago, Heart, The Hollies, a nawet Westlife. Właśnie wydał pierwszą solową płytę od ponad dekady, ale „Body Of Work” to nie rozliczenie z przeszłością, ale przede wszystkim album celebrujący życie ‘tu i teraz’. O procesie jego powstania, latach tworzenia, sztuce pisania piosenek oraz stosunku do… syren lotniczych, Albert opowiedział mi w długiej rozmowie.
MM: „Body Of Work” to Twój pierwszy album z premierowym materiałem od 12 lat. Zapytam przewrotnie: czemu dopiero teraz?
AH: (śmiech) Byłem zajęty innymi rzeczami i zupełnie nie myślałem o sobie. A robiłem w tym czasie mnóstwo rzeczy – na przykład nagrałem na nowo niektóre ze swoich starych nagrań, by poniekąd odzyskać do nich prawa, tak by moja rodzina mogła z nich także korzystać. Poza tym wciąż moim głównym zajęciem jest pisanie piosenek dla innych, mimo że z mojego pokolenia nie zostało ich już wielu… Mnóstwo muzyków i piosenkarzy z dawnych lat odeszło, ale nie tylko oni. W 2016 roku moje życie bardzo się zmieniło, bo zmarła moja żona. Potem przyszła pandemia…
MM: Jak ją spędziłeś?
AH: Początkowo tak jak wszyscy – w zamknięciu. Dopiero po zaszczepieniu się, zacząłem wychodzić, nabawiając się przy okazji dolegliwości, które obniżyły moją odporność… Do dziś cierpię z tego powodu... Muszę na siebie bardzo uważać, ponieważ cierpi na tym mój głos, moje mięśnie i system nerwowy. Z tego powodu moje reakcje bywają opóźnione. To bardzo dziwne… Najważniejsze jednak, że wciąż tu jestem i mogę doświadczać życia.
MM: Wielu muzyków opowiadało mi, że okres pandemii był dla nich czasem, kiedy mogli w spokoju skupić się na tworzeniu. W Twoim przypadku było podobnie?
AH: W moim przypadku pandemia nie miała znaczenia, bo ja całe moje życie byłem skupiony na tworzeniu muzyki (śmiech). Natomiast najlepiej, żeby tej pandemii w ogóle nie było…
MM: Kiedy zatem zacząłeś pracować nad „Body Of Work”?
AH: Jakieś 1,5 roku temu. Wspomniane problemy zdrowotne sprawiły, że prace rozłożyły się w czasie. Trzeba było ustalić, co robić w pierwszej kolejności, a świat zewnętrzny niespecjalnie mnie w tym wspierał. Mnisi wybywają w góry, a ja wchodzę do studia (śmiech). Zacząłem więc tworzyć w studiu bez pośpiechu. Uważam, że muzyka ma właściwości lecznicze, co też nie było bez znaczenia w mojej sytuacji. Do tego odstawiłem alkohol i wszelkie inne używki, przeszedłem na dietę, zacząłem ćwiczyć. To wszystko pomogło i nadal pomaga mi w funkcjonowaniu. Zadzwoniłem więc do Johna Bettisa i zaczęliśmy tworzyć.
MM: Z Johnem współpracujesz od początku lat 70. Jaka była jego rola w powstawaniu „Body Of Work”?
AH: To prawda, znamy się z Johnem od wielu lat. Jakiś czas temu przeprowadził się do Nashville, więc nie mamy już tak bliskiego kontaktu, jak wówczas, gdy mieszkał w Los Angeles. Przede wszystkim jednak słuchał. Opowiadałem mu o tym, co się u mnie dzieje, a przede wszystkim – co dzieje się ze mną. Pod tym względem okazał się wspaniałym przyjacielem, nie po raz pierwszy zresztą. Pomógł mi bardziej, niż niejeden terapeuta. Dzięki niemu udało mi się odnaleźć światło na końcu tunelu. Wiem, że brzmi to może pompatycznie, ale tak właśnie było. Stopniowo zaczęliśmy pisać piosenki z myślą o płycie i powstało ich ponad 30. Wybrałem 17, które wydały mi się najlepsze jeszcze przed ich nagraniem. Nie wiem, czemu akurat te, ale gdy grałem je na gitarze lub pianinie, wydawały mi się odpowiednie. Po dokonaniu wyboru, zdałem sobie sprawę, że przypominają nieco taki zbiór jak „Biały Album” The Beatles. Tam każdy utwór był zupełnie inny. Wszyscy tworzyli oddzielne rzeczy, a potem zebrali je razem w ten album.
MM: Czym zatem kierowałeś się przy wyborze tych właśnie piosenek na płytę?
AH: Magią. Nie umiem określić tego w inny sposób. Kiedy grałem je tylko na gitarze akustycznej, brzmiały dobrze. Gdy pracuję nad piosenkami, jestem w procesie twórczym, puszczam wodzę fantazji i daje sobie wolność. To podstawa tworzenia piosenek.
MM: Pytam o to, bo cała płyta „Body Of Work” wydaje mi się bardzo pogodna. Nie dotyka tylko przeszłości, ale i teraźniejszości oraz przyszłości – w utworze „The American Flag” mówisz np. o Twitterze, Google, Facebooku. Rozumiem, że te bieżące sprawy też są dla Ciebie ważne?
AH: Jak najbardziej. Chciałbym, żeby Amerykanie zwracali uwagę na to, o czym mówię i śpiewam w taki sposób, w jaki ty to zrobiłeś i w ogóle jak robią to Europejczycy... Mam prawie 80 lat i mówię nie tylko o moich doświadczeniach z przeszłości, ale także o tym, co dotyka mnie dziś. Wydaję mi się jednak, że Amerykanie są obecnie zbyt zagubieni… I tak, masz rację – to przede wszystkim płyta radosna. Zresztą śpiewam tam w pewnym momencie (w utworze „Gonna Be Alright” – przyp. MM), że wszystko będzie dobrze. Przez 60 lat pisania piosenek doświadczyłem różnych stadiów życia. Ono jest naprawdę jednym wielkim doświadczeniem. Jestem ogromnie wdzięczny za to, że żyję i mogę być częścią tego procesu.
MM: Mam wrażenie, że ta płyta jest także osadzona między dwoma wybrzeżami Stanów Zjednoczonych. W jednym momencie śpiewasz o Nowym Jorku, zaś płyta kończy się utworem „Goodbye LA”. A przecież w Los Angeles mieszkasz od lat…
AH: (śmiech) Od prawie 60 lat. Napisałem „Goodbye LA” w taki sposób, jakby to miasto było dziewczyną. Angeles jest przecież damską nazwą. Chciałem, żeby ludzie z całego świata mogli zrozumieć ten utwór i się do niego odnieść. A rozstanie z dziewczyną, kobietą, czy partnerką może przecież przerodzić się w coś równie istotnego – przyjaźń.
MM: A czy ten utwór ma też jakieś konotację z Twoim największym przebojem „It Never Rains in Southern California”?
AH: Ależ oczywiście! Właściwie cały mój dorobek po "It Never Rains in Southern California" odnosi się do tego utworu, ponieważ jego tytuł nie dotyczy braku deszczu w Południowej Kalifornii, tylko do osoby, która wmawia innym, że odniosła sukces, ponieważ bardzo chce w to wierzyć, choć wcale tak nie jest. Różnica polega na tym, że "It Never Rains in Southern California" rzeczywiście odniosło sukces (śmiech). Ale jest też inna historia na tej płycie – „Young Llewelyn”. Utwór odnosi się do walki o ziemię między jednym człowiekiem, żołnierzem walijskim, a drugim, który zagrabił ją wcześniej. To historia sięgająca 200 lat wstecz. Jak widzisz, nie tylko mówię o Stanach. To jest historia uniwersalna, która po raz kolejny pokazuje, że nie wyciągamy wniosków z czynów poprzednich pokoleń. Historia niewiele nas uczy, a może to my nie chcemy wyciągać z niej lekcji? Kiedy ludziom się powodzi, niewiele więcej im potrzeba. Moim zdaniem to błąd, bo w ciągu jednej chwili wszystko może się zmienić. Poza tym uważam, że powinniśmy się bardziej kochać i pomagać tym, którzy tego potrzebują. Taką filozofię wyznaję. Nie znoszę wojny i w ogóle przemocy. Urodziłem się w trakcie II wojny światowej, więc kiedy słyszę wyjące syreny, jestem przerażony i zaczynam wariować…
MM: Keith Richards ma podobnie.
AH: No właśnie. Brytyjczycy z mojego pokolenia tak miewają. Podczas nalotów staraliśmy się ukryć, by je przeczekać i przeżyć. Nasze mamy czyniły cuda, by nas ochronić przed wojną. Wracając jeszcze na moment do tego, o czym mówiłem wcześniej - jestem trochę jak Sokrates. Wiem, że nic nie wiem…
MM: Mówisz, że niewielu pozostało artystów, dla których mógłbyś pisać. Jak dziś postrzegasz funkcję autora piosenek?
AH: Naprawdę cieszę się, że niebawem kończę 80 lat (śmiech). Będę pisał piosenki aż do swojej śmierci. Nie potrzebuję komputera, ani sztucznej inteligencji, by pomagały mi w tym procesie. Dlatego współczuję młodym ludziom, którzy próbują odnaleźć się w obecnym świecie i jednocześnie zachować w nim prawdziwą cząstkę siebie. To nie jest łatwe. Pisanie piosenek to coś, co płynie z serca. To wysoce humanistyczne, a jednocześnie duchowe doświadczenie. Nie nazwałbym tego nawet rzemieślnictwem. To coś więcej. Coś ponad to. To nie jest praca od 9:00 do 17:00, tylko czynności rozłożone w czasie. Piszę piosenki od 14 roku życia i nadal nie wiem, jak to robię. Nie byłbym w stanie nauczyć nikogo tego procesu. Nie jestem dobrym pedagogiem (śmiech). Chodzi pewnie o jakąś energię, bo to ona zdaje się być głównym składnikiem pisania piosenek.
MM: Kto oprócz Ciebie zagrał na „Body Of Work”?
AH: Główną pracę wykonał producent Mathias Roska. To kompozytor i aranżer z Niemiec, który pomógł mi w realizacji i nagraniu tych piosenek w Nashville i w studiach Hansa w Berlinie. Pozostali muzycy, którzy zagrali na płycie, zostali przez niego zaproszeni. Wszystkim im bardzo spodobały się same piosenki, dlatego zgodzili się w nich zagrać. Pokazałem im je pod kątem melodii i tekstów, bo chciałem wiedzieć, co w nich słyszą i jak je rozumieją. Myślę, że to bardzo ważny aspekt. To dało poczucie większej świadomości i jedności podczas nagrywania. Realizuję jedynie 2-3 podejścia każdej piosenki – nie więcej. Potem to już nie ma sensu, gdyż ulatuje to, co najważniejsze i pierwotne z tego, co mają w sobie te pierwsze wykonania.
MM: Jesteś obecny na muzycznej scenie od sześciu dekad. Potrafisz określić ulubiony okres swojej kariery?
AH: Wiesz, nie było jednego ulubionego, czy najlepszego okresu mojej kariery. Miałem to szczęście, że na każdym jej etapie przeżyłem cudowne momenty. Gdyby tylko jeden jej fragment, dekada, czy rok był udany, byłbym bardzo zawiedziony. Jedyne trudne okresy w mojej karierze to te, gdy miałem problem z rządem, władzami, czy instytucjami muzycznego biznesu, których nie rozumiałem. Podobnie mam z moimi piosenkami – nie jestem w stanie wybrać jednej ulubionej. Piosenki są jak dzieci.
MM: Czy Twoje zdrowie pozwala Ci grać koncerty?
AH: W tej chwili nie. Muszę znaleźć jakąś formułę na granie na żywo, bo nadal uwielbiam grać dla ludzi. To się nie zmieniło. Być może znajdę jakiegoś innego artystę, z którym będę mógł dzielić scenę i grać na żywo. Ale nie poddam się. Będę grał koncerty!
