Alestorm

Grupa Alestorm wraca do Polski i zagra koncerty 13 oraz 14 grudnia w łódzkiej Wytwórni i gdańskim B90. Chris Bowes, kapitan pirackiego pokładu dryfującego na powermetalowej fali od lat trzyma się jednej zasady: jeśli coś wydaje się zbyt głupie, prawdopodobnie warto to zrobić. W tej rozmowie jest wszystko: woodstockowe legendy o skradzionym helikopterze, banały wyniesione do formy sztuki, muzyczna dyscyplina ukryta pod stertą żartów oraz absolutna szczerość, która czyni Alestorm fenomenem nie do podrobienia. Oto Chris Bowes — człowiek, który udowadnia, że metal może bawić, prowokować i mieć totalnie wywalone na to, co wypada, a czego nie.
Evelyn: Jesteście w trakcie europejskiej trasy, w połowie grudnia odwiedzicie także Polskę. Jak wspominasz wcześniejsze koncerty u nas?
Chris Bowes: Zawsze świetnie. Serio. Polska to jedno z miejsc, na które czekamy najbardziej. Mamy tu wielu znajomych, a po koncertach jest najlepsza atmosfera do wspólnego imprezowania i rozmów. W Niemczech ludzie często mają miny jakby już widzieli tysiąc takich metalowych gigów. W Polsce i w całej Europie Wschodniej czuć ekscytację, energię, takie „to jest nasz wieczór!”. To jest super.
Evelyn: W 2018 roku zagraliście też na Pol’and’Rock Festival. Wasza muzyka wydaje się wręcz skrojona pod ten rodzaj publiki. Masz jakieś szalone wspomnienie z tej wizyty?
Chris: Tak. To był dziki kosmos. Po koncercie poszliśmy z kumplem „na chwilę do ludzi”. Skończyło się na całonocnym imprezowaniu na polu namiotowym, gdzieś na wzgórzu. Gdy wróciliśmy na backstage, wszyscy byli spanikowani. Ktoś rozpuścił plotkę, że… ukradliśmy helikopter. Serio. Promotor myślał, że jesteśmy ścigani przez policję. My po prostu piliśmy piwo. Do dziś nie mam pojęcia, skąd wzięła się ta historia.
Evelyn: Wspominasz jakiś koncert, który był tak głupi, że aż genialny?
Chris: Pub w Tilburgu w Holandii. Byliśmy tak pijani, że zagraliśmy ten sam numer trzy razy z rzędu. Zero wspomnień. Tęsknię trochę za takim chaosem, ale teraz gramy lepsze koncerty. Dla ludzi, nie tylko dla siebie.
Evelyn: Fani chyba często zakładają, że jesteście wiecznie pijani.
Chris: Non stop. A prawda jest taka, że wiele osób myśli, że jestem pijany nawet wtedy, gdy nie wypiłem nic. Taki mam vibe, chyba. Robiłem trasy na totalnym odwyku, a i tak słyszałem: „Chris był urżnięty”. Kiedy piszę teksty, jestem trzeźwy. Chaos robię na czysto.
Evelyn: Jak wchodzisz w piracko-absurdalną konwencję, kiedy masz zły dzień? Pewnie nie zawsze z taką samą lekkością śpiewa się o zamarzniętej urynie czy rzyganiu na pokładzie.
Chris: To kwestia profesjonalizmu. Ludzie w końcu przyszli na show. Więc robisz show. Nawet jeśli jesteś chory. Staramy się nie odwoływać koncertów. No i moje „śpiewanie” to nie opera, bardziej warczenie. Łatwiej to zrobić, nawet gdy czujesz się jak śmierć na chorągwi. Ale to nadal my. Nie gramy postaci, tylko podkręcone wersje samych siebie.
Evelyn: Jesteście znani z humorystycznych, kompletnie niepoważnych tekstów. Masz czasami w sobie potrzebę robienia czegoś bardziej „poważnego”?
Chris: Bardzo bym chciał. Za każdym razem mówię sobie: „Ok, teraz napiszę coś emocjonalnego”. I nic z tego nie wychodzi. Ludzie chcą imprezowych piosenek o piciu rumu na statku to im dajemy. Może kiedyś zrobię osobny projekt z poważniejszym klimatem, ale Alestorm zostaje pirackie do bólu.
Evelyn: Nie męczy Cię czasami łatka „pirackiego zespołu”?
Chris: Trochę tak, trochę nie. Teksty są głupkowate, ale muzyka nie. Nad nutami siedzimy poważnie, bez żartów. Problem jest przy trasach: wiele kapel nie chce z nami grać, bo „piraci to niepoważne”. Ale trudno, ta formuła działa. Ludzie wiedzą, czego się spodziewać: imprezy.
Evelyn: Ciekawe skąd biorą się pomysły na songi jak "Banana" z najnowszego albumu "The Thunderfist Chronicles"...
Chris: Czasem po prostu patrzę na tekst i widzę, że nie ma w nim nic, co nadaje się na tytuł. Więc myślę: „A może… Banana?”. I dorzucam dwa wersy o bananie. Koniec filozofii. W kategoriach chaosu mamy zasadę: im głupiej, tym lepiej. Skojarzenia, bełkot, eksplozje i rzyganie — wszystko wchodzi.
Evelyn: Podobno planujecie większą akcję w bananowym klimacie.
Chris: Kupiłem ostatnio nowy kostium banana, wygląda jak tęczowy ringmaster z głową papugi. Totalny obłęd. A na przyszłoroczne festiwale mam plan: kiedy gramy „Banana”, na scenę wpada sto osób w strojach bananów.
Evelyn: Już chyba wiem kto w zespole jest głównym pomysłodawcą ryzykownych akcji.
Chris: Zdecydowanie ja. Reszta ekipy trzyma mnie w ryzach, żebym nie poszedł w totalny obłęd. Gdyby mnie nie hamowali, pewnie gralibyśmy w strojach z aliexpressowych koszmarów.
Evelyn: A gdybyście kręcili film o trasie koncertowej — co by to było?
Chris: Coś w stylu „The Office” na statku pirackim. Parodia życia zespołu, pełna absurdów i suchego humoru. Idealne pod nas.
Evelyn: Wróćmy jeszcze do "The Thunderfist Chronicles". Czy proces nagrywania był tak samo szalony jak treść albumu?
Chris: Szczerze? Teraz jesteśmy zaskakująco rozsądni. Kiedyś nagrywaliśmy nago, robiliśmy głupoty… Teraz wchodzimy do studia i robota leci: perkusja trzy dni, bas jeden, gitary dwa, wokale szybko. Cała płyta w dwa tygodnie. Jedna akcja była zabawna: nasz merch guy miał nagrać krzyki goblina do „Goblins Ahoy!”. Był absolutnie beznadziejny. Nie umiał udawać przestraszonego. Do dziś mu to wypominamy.
Evelyn: Ostatni kawałek "Mega-Supreme Treasure Of The Eternal Thunderfist" ma ponad 17 minut. Jak to jest tworzyć takie kolosy?
Chris: Fantastycznie. W krótkich numerach wszystko musi być perfekcyjne. W długich — hulaj dusza, możesz mieć pięć minut ambientów i jest git. Kiedy przekraczam 10 minut, czuję triumf: „Tak, wreszcie epik!”.
Evelyn: A sama pirackość to maska czy DNA?
Chris: Zabawa. Nie znam nawet historycznych piratów. Kiedyś część publiczności oczekiwała lekcji historii. Teraz wiedzą, że to głupawka z wielką dmuchaną kaczką na scenie.
Evelyn: Chciałbyś, żeby fani wynosili coś więcej z waszych koncertów, niż poczucie, że bawią się jak nigdy w życiu?
Chris: Właściwie tylko to. Myślę, że to właśnie sprawia, że nasze koncerty są takie dobre. Masa ludzi mówi nam później: „Nigdy nie bawiłem się tak dobrze jak u was”. I to mnie najbardziej cieszy. Kiedy ktoś mówi, że to była najlepsza zabawa w jego życiu, to jest super. Nie próbujemy być poważni, nie próbujemy być emocjonalni. Po prostu chcemy, żeby ludzie byli szczęśliwi. Myślę, że nam się to udaje.
FOTO: Niek van de Vondervoort
ALESTORM
13.12.2025 / Łódź, Wytwórnia
14.12.2025 / Gdańsk, B90
Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Eventim, Ebilet, Ticketmaster




